reklama

Maciej Orłoś: wychowałem się w Bieszczadach

Małgorzata FrońZaktualizowano 
Maciej Orłoś z sentymentem wspomina Bieszczady.
Maciej Orłoś z sentymentem wspomina Bieszczady.
- Jako dziecko przez kilka lat mieszkałem w Solinie. Mam więc spory sentyment do Bieszczadów - mówi Maciej Orłoś, znany dziennikarz telewizyjny.

- Ile mamy czasu na rozmowę? Piętnaście minut?

- Chyba gdzieś tak. A damy radę?

- Skoro Pan mieści się z "Teleexpressem" w kwadransie, ja też się postaram.

- A tak (śmiech)!!!

- Pozostanę przy magicznej "piętnastce". W filmie zadebiutował Pan jako 15-latek właśnie. I to nie byle jaką rolą, bo zagrał Pan samego Kazimierza Wielkiego. Był Pan jednym słowem młodym Krzysztofem Chamcem.

- Reżyser Czesław Petelski zauważył mnie na korytarzu siedziby Zespołów Filmowych przy Puławskiej w Warszawie. Zanosiłem tam wtedy jakieś dokumenty ojca. Na schodach spotkał mnie pan, którym okazał się właśnie reżyser. Stwierdził on, że jestem podobny do Krzysztofa Chamca. Tak trafiłem do filmu.

- Czy przygoda z filmem miała duży wpływ na Pana późniejszy wybór zawodu aktora?

- Praca nad tym filmem zaowocowała raczej moim zainteresowaniem teatrem. Pierwsze wejście na poważną sztukę w dobrym teatrze warszawskim zawdzięczam Ignacemu Machowskiemu, z którym podróżowałem na zdjęcia do filmu do Pragi. Zaprosił mnie i moją mamę na "Bal manekinów". Wywarł ona na mnie ogromne wrażenie. Po prostu wciągnęło mnie. Wessało do teatru. Od tamtej pory każdą wolną chwilę spędzałem w teatrze.

- Kiedy już, jako student szkoły teatralnej trafił Pan za kulisy sceny, nie rozwiało to Pana wyobrażeń o tym zawodzie? Jako nastoletni widz dostrzegał Pan głównie jego blaski.

- Ciężko jest dostać się za kulisy nie mając z teatrem do czynienia zawodowo. No może z wyjątkiem nielicznych przypadków osób, które grały jeszcze jako dzieci. Ale te rzeczywiście raczej nie zostają później aktorami. Mnie na szczęście pierwsze wizyty za kulisami Teatru Wieliego, gdzie odbywaliśmy praktyki, nie odwiodły od pomysłu zostania aktorem. Może dlatego, że mnie interesowała bardziej już sama scena niż kulisy. Nigdy nie przepadałem za charakteryzacją.
- Po szkole był Pan związany z jakąś sceną etatową?

- Owszem. Trafiłem do Teatru Ateneum. Mogłem tam obserwować pracę takich tuz jak: Jan Świderski, Aleksandra Śląska, Zofia Kucówna, Daniel Olbrychski czy Jerzy Kamas. Natomiast sam grałem tylko jakieś ogony. Po jakimś czasie stwierdziłem, że obserowanie obserwowaniem, ale tak na prawdę to nie o to mi chodzi. Po sześciu latach zrezygnowałem z etatu.

- Na początku swojej aktorskiej drogi zagrał Pan w paru filmach. A kluczem do odtwarzanych przez Pana ról był mundur. Wcielał się Pan wtedy m.in. w oficerów, milicjantów, później policjantów, a nawet... księży! To też w jakimś sensie hamowało Pana rozwój. Fajnie jest być jednego dnia księdzem, ale pod warunkiem, że za chwilę będzie się można wcielić w jakiegoś złoczyńcę...

- I tak uważam, że w filmie zrobiłem więcej niż w teatrze. Przed kamerą udało mi się stworzyć trzy główne role i conajmniej dwie znaczące w serialach "Zespół adwokacki" i "Plecak pełen przygód". Może te długometrażowe produkcje nie były jakimiś hitami kasowymi, ale mnie udział w nich dał satysfakcję.

- W końcu postanowił Pan odejść od zawodu i związać się z telewizją, gdzie do dzisiaj grywa Pan same role pierwszoplanowe.

- No tak. Z pewnymi oporami przyjąłem pracę na malym eklranie, bo wciąż liczyłem na jakiś cudowny zbieg okoliczności, który odmieni mój aktorski los. Ale nie mogę powiedzieć, że żałuję swojej decyzji.

- Nie dziwię się, bo w sumie dopiero jak zrezygnował Pan z aktorstwa, zaczął Pan zwracać na siebie uwagę reżyserów. Zaczął Pan coraz częściej grywać. Może samego siebie, bo najczęściej prezentera telewizyjnego czy spikera, ale jednak...

- Obecnie już tak nie jest, jak pan mówi, ale rzeczywioście przez pewien czas paradoksalnie, kiedy stałem się człowiekiem telewizji, zostałem dostrzeżony. Zacząłem grywać dziennikarza telewizyjnego o imieniu Maciej (śmiech). Zdarzyło mi się nawet w ten sposób zagrać w spektaklu "Romeo i Julia" Janusza Józefowicza, który wymyślił sobie, że w jednej ze scen bohaterowie oglądają telewizję. A w telewizji kto? Maciej Orłoś oczywiście, który informuje z ekranu o pogrzebie Julii. Ale i to już się skończyło.

- Podobno prowadzenie "Teleexpressu" to nie była jedyna propozycja jaką otrzymał Pan z Woronicza.

- To prawda. Prowadziłem także rozmowy z Dwójką, w której widziano mnie jako typowego prezentera zapowiadającego kolejne pozycje programowe. Postawiłem jednak na "Teleexpress".

- Który jest zresztą na tyle luźnym programem informacyjnym, że pozwala Panu czasem coś odegrać.

- Coś w tym jest. Za pulpitem "Panoramy" czy "Wiadomości" na wiele rzeczy nie mógłbym sobie pozwolić. Albo i mógłbym, ale już by mnie tam pewnie nie było. Ale to nie jest do końca tak, że ja w "Teleexpressie" gram prezentera. Inaczej zachowuję się podczas wejścia na żywo przed oczami milionów widzów niż teraz, kiedy rozmawiamy sobie luźno w cztery oczy. Zresztą niwielu znam ludzi, którzy zachowują się tak samo prywatnie i podczas jakichkolwiek występów. Ludziom się wydaje, że aktor komiediowy w życiu też się wygłupia, pajacuje. Jest dokładnie odwrotnie. Choć doskonale rozumiem widza, który przyzwyczajony do pewnego wizerunku danej osoby, jest nieco zdziwiony i zaskoczony widokiem i zachowaniem osoby pulbicznej w codziennej sytuacji. Proszę sobie wyobrazić Jasia Fasolę, który robi coś z zupełnie poważną miną. Mnie samemu chce się śmiać już na sam jego widok.
- Pana przygoda z "Teleexpressem" trwa już czternaście lat. Pamięta Pan swój pierwszy kurs?

- Oczywiście. To było w czerwcu. Wtedy większość programu była nagrywana już wcześniej.Na żywo szło tylko ostatnie wejście, w którym przekazywało się informacje z ostatniej chwili. Studio znajdowało się w tym samym miejscu co teraz. Było tylko inaczej urządzone. Ale pamiętam, że nerwy miałem straszne. Ale muszę panu przyznać, że kiedy teraz patrzę na te swoje początki, to były one rzeczywiście bardzo aktorskie. Gdybym teraz zachowywał się, jak wtedy, byłbym nie do wytrzymania (śmiech). Ale jakoś przetrwałem.

- Te czternaście lat do setki programów. Kwadransów, w których zawarte zostały chyba miliony informacji. Pamięta Pan jakąś szczególną swoją wpadkę, za którą mógłby Pan samemu sobie przyznać "złotą czcionkę"?

- (śmiech) Niestety nic znaczącego nie przychodzi mi w tym momencie do głowy. Owszem, zdarzały się jakieś drobne wpadki. Raz zdarzyło się, że jeden z realizatorów chcą przekazać mi jakąś kartkę z informacją, wszedł na żywo w kard kamery. To takie zabawne zdarzenie, ale nie wywołane z mojej winy. Takie bardziej stresujące niż śmieszne sytuacje zdarzają się przede wszystkim wtedy, kiedy mamy wejście z relacją na żywo. Wtedy bywa, że tuż przed połączeniem się z reporterem, tracimy je. Wtedy jest walka o przywrócenie połączenia. Na szczęście zawsze jakoś z takiej sytuacji udaje nam się wybrnąć. Odpukać! Ale to jest właśnie ta część prawdziwej telewizji, która odpowiada mi najbardziej.

- Zdarzyło się Panu kiedyś, że odezwał się do Pana oburzony producent czy wydawca, którego wyszydził w humoresce kończącej program?

- Tutaj trzeba naprawdę uważać. Kiedy jest to instrukcja jakiegoś urządzenia nie wolno nam podawać jego nazwy czy producenta. Właśnie po to, żeby nie narażać się na tego typu zarzuty. Nie możemy sobie pozwolić na podobną sytuację, która zdarzyła się w jednej z rozgłośni, gdzie prezenter na antenie powiedział, że zjadł kubek jakiejś tam konkretnej zupy i teraz boli go brzuch. Był proces i stacja wybuliła trochę kasy. Zdarzają mi się natomiast listy, telefony z pogróżkami czy nawet wizyty osób po prostu chorych psychicznie. Ale tego jest na szczęście śladowa ilość.

- Skoro o pretensjach... Pan nie ma takowych do losu, że jednak nie udało się Panu w aktorstwie?

- Absolutnie. Zawsze składają się na to okoliczności lepsze, gorsze. Mówi się, że prawdziwy talent zawsze się przedostanie. Widocznie ja miałem go za mało. Być może gdybym żył w czasach bardziej sprzyjających zawodom artystycznym, bardziej związałbym się z aktorstwem. Bo mnie przyszło zaczynać w okresie stanu wojennego, trafiłem na bojkot aktorów...

- Panu się nie udało. Ale nie udało się Panu także odwieść od aktorstwa swoich dzieci. Dwoje z nich pojawiło się już przed kamerą.

- Jedno z nich nawet tego nie pamięta, bo zagrał mając zaledwie osiem miesięcy (śmiech). Raczej wynika z tego pewna korzyść materialna. Teraz po latach dostaje czasem jakieś pieniądze za powtórki filmu "Tak, tak" ze Zbyszkiem Zamachowskim, o którym mowa. Drugi syn już jako bardziej świadomy człowiek wystąpił w jakimś widowisku, a w filmie "Słaba wiara" zagrał nawet mojego syna. Ale nie połknął przysłowiowego bakcyla. Studiuje informatykę.

- Rozmawiamy przy okazji Pana wizyty w Rzeszowie. Nie pierwszej zresztą. Z czym kojarzy się Panu nasze miasto, region?

- Z mnóstwem rzeczy. Przede wszystkim z tym, że jako dziecko przez cztery lata mieszkałem w Solinie. Rodzice pracowali w tym czasie przy budowie zapory solińskiej. Tak więc mam spory sentyment do Bieszczadów. Wtedy też wielokrotnie przejeżdżałem przez Rzeszów. Później już zawodowo wróciłem do tego miasta, realizując program "A to Polska właśnie". Wtedy dopiero odkryłem Rzeszów i jego okolice. Wtedy poznałem jego historię i dowiedziałem się, że stąd pochodzą tacy wielcy twórcy teatru jak: Szajna, Kantor, Grotowski.

- A nie wymieni Pan Józefa Węgrzyna, twórcy "Teleexpressu"?

- Pochodzi z Podkarpacia?

- Dokładnie.

- Nie wiedziałem o tym. A może wiedziałem, tylko zapomniałem (śmiech)!

- I trzymajmy się tej wersji do końca.

- (śmiech)!!!

- Lubi Pan tutaj wracać? Spędza Pan czasem urlop w Bieszczadach?

- Niestety nie. Kiedyś byłem na nartach w Ustrzykach, ale to też przy okazji realizacji jakiejś audycji. I szczerze powiem, że byłem mile zaskoczony. Nie sądziłem, że jest tutaj aż tak rozwinięta infrastruktura. A co do powrotów... Niestety czas mi na to nie pozwala. Poza tym z Warszawy znacznie bliżej jest na Mazury, gdzie moi rodzice mają domek letniskowy.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3