Oszałamiająca kariera Igloopolu

Cezary Kassak
Mielczanin Kazimierz Buda (z piłką) w pamiętnym meczu z Pogonią (tu podczas spotkania z Legią) skwapliwie wykorzystał prezent w postaci rzutu karnego.
Mielczanin Kazimierz Buda (z piłką) w pamiętnym meczu z Pogonią (tu podczas spotkania z Legią) skwapliwie wykorzystał prezent w postaci rzutu karnego.
Udostępnij:
Bywały takie mecze, których wyniki niektórzy znali jeszcze… przed pierwszym gwizdkiem arbitra.

Handel meczami od dawna był (jest?) w polskiej piłce nożnej na porządku dziennym. W procederze brały oczywiście udział także kluby z Podkarpacia. Najczęściej nikt nikogo za rękę nie złapał, ale kibice na ogół swoje wiedzieli.

Kontynuujemy nasz cykl o meczach z udziałem drużyn z naszego regionu, o których jeszcze dziś, po latach, krążą legendy, że odbywały się nie tylko na boisku.

Ustawiane pojedynki często przebiegały w podobny sposób. O ile sytuacja w tabeli nie wymagała na przykład tego, by jeden zespół zwyciężył różnicą kilku bramek, drużyna kupująca mecz przeważnie wygrywała go minimalnie. Chodziło o stworzenie wrażenia, że spotkanie było "zacięte". Jeśli korumpowany był arbiter, o wyniku często decydowały karne, z reguły dyktowane w ostatnich minutach meczu.

Zajrzyjmy raz jeszcze do, przywoływanej już w pierwszej części tekstu, książki Tomasza Jagodzińskiego "Cwaniaczku, nie podskakuj. Afery i skandale polskiego futbolu".

Filar omal nie runął

- Jesienią 1982 roku pojechałem do Mielca relacjonować mecz ekstraklasy między miejscową Stalą i Pogonią Szczecin. Do 78 minuty spotkania był bezbramkowy remis. W tym momencie arbiter główny, Józef Banasz z Katowic podyktował rzut karny dla gospodarzy za rzekomy faul na Andrzeju Banasiku. Tę sytuację pamiętam do dziś, a wtedy - zbaraniałem - wspomina Jagodziński.

- Stal wygrała 1-0. Trener Pogoni wpadł we wściekłość. Po meczu omal nie rozwalił betonowego filara podtrzymującego trybuny mieleckiego stadionu. Pan Banasz w szatni wyraził zdziwienie, że śmiem podważać jego niezawisłą decyzję i słodziutkim głosem oświadczył, że "karny był stuprocentowy". Nawet - przez posłańca - chciał, abym zobaczył ślad na nodze "skoszonego" zawodnika. Podziękowałem, nie mogąc wyjść z podziwu dla tupetu i bezczelności katowickiego arbitra - opowiada.

Dobrze poinformowani kibice

W latach 70. minionego wieku niewielki wówczas (ok. 30 tysięcy mieszkańców) Mielec dwukrotnie był stolicą polskiego futbolu, a w drużynie grały takie tuzy, jak Lato czy Kasperczak. Śladami "robotniczego miasta" postanowili pójść działacze, trenerzy i piłkarze z pobliskiej Dębicy. Zawodnicy założonego zaledwie 12 (!) lat wcześniej klubu sportowego Igloopol wywalczyli w czerwcu 1990 roku awans do ekstraklasy.

O wszystkim zdecydowała ostatnia kolejka sezonu, w której Igloopol podejmował, grającą o pietruszkę, Resovię. Aby zapewnić sobie awans bez oglądania się na rezultaty innych meczów, gospodarze musieli ograć rzeszowian za trzy punkty, czyli różnicą co najmniej trzech bramek. W przeciwnym wypadku pierwszą ligę rzutem na taśmę mogła dębiczanom odebrać Stal Stalowa Wola.

Na mecz przyjechało około pół tysiąca szalikowców Resovii. Już w pociągu jadącym do Dębicy rozeszła się wśród rzeszowskich kibiców wiadomość, że ich pupile nie będą za bardzo przeszkadzać dębiczanom w wywalczeniu upragnionego awansu.

- Mecz jest sprzedany, będzie 4-1 dla Igloopolu - zapowiadali niektórzy kibole "pasiaków".

Okazało się, że ci, którzy snuli takie prognozy, mieli dobrych informatorów. Trzeba jednak przyznać, że resoviacy w trakcie meczu zaprezentowali całkiem przyzwoitą grę… aktorską. Do przerwy było tylko 1:0 dla gospodarzy. Wydawało się nawet, że Resovia naprawdę się stara. W drugiej połowie wszystko potoczyło się już zgodnie z planem. Igloopol wygrał 4-1.

[obrazek2] Czasami zawodnicy musieli dokonywać cudów, by piłka nie znalazła drogi do siatki. Kupowanie meczów? Absolutnie!

Podobny, jak spotkanie z Resovią, przebieg miała wcześniejsza potyczka Igloopolu z inną drużyną znad Wisłoka - Stalą. Dębiczanie zwyciężyli… 4-1. Enuncjacje o pozaboiskowych działaniach Igloopolu pojawiały się coraz częściej. Działacze z Dębicy postanowili odnieść się do nich publicznie.

- Posądza się nas, że kupiliśmy mecz ze Stalą, ale to nieprawda - zapewniał w wypowiedzi dla Nowin Stanisław Baczyński, ówczesny kierownik sekcji piłkarskiej Igloopolu. - Po prostu stalowcy zagrali jedno z najsłabszych spotkań, a nam się wszystko udawało.

Nie ulega kwestii, że w Igloopolu występowało kilku dobrych graczy, m.in. Jerzy Podbrożny czy Marek Bajor. Swoją potęgę klub z Dębicy oparł na patronacie Kombinatu Rolno-Przemysłowego Igloopol. Założycielem sekcji piłkarskiej był osławiony i wpływowy Edward Brzostowski. Wcześniej jako działacz sportowy udzielał się w klubie zza miedzy - Wisłoce.

Odszedł stamtąd odgrażając się, że jego nowi podopieczni z Igloopolu szybko przeskoczą lokalnego rywala. Słowa dotrzymał - dębiczanie w zdumiewająco szybkim tempie weszli do ekstraklasy. Żadnych dowodów, że odbywało się to w przy użyciu nieczystych metod, nie znaleziono. Zresztą nikt ich nawet nie szukał, jak zwykle w tamtych czasach. Dzisiaj pozostaje więc przyjąć, że kibice Resovii dlatego znali wcześniej wynik meczu z Igloopolem, ponieważ w ich gronie było po prostu wielu jasnowidzów…

Dwie pieczenie na jednym ogniu

Niekiedy działacze czy piłkarze, do których zwrócono się z ofertą pohandlowania widowiskiem sportowym, nie godzili się na ustawienie końcowego rezultatu meczu, a "jedynie" kupczyli bramkami.

- Grając w III lidze, opchnęliśmy kiedyś jednego gola - przyznaje proszący o zachowanie anonimowości, działacz zlikwidowanej już sekcji piłkarskiej Zelmeru Rzeszów.

- Umowa przewidywała, że po jego stracie możemy grać "normalnie". Dzięki temu istniała szansa, że uda się "upiec dwie pieczenie na jednym ogniu". Z jednej strony odpuszczaliśmy bramkę, dostając za to mniejsze lub większe pieniądze, z drugiej zaś - ciągle mieliśmy przecież szansę na zwycięstwo w meczu. Zastrzegliśmy bowiem, że rywale muszą nam strzelić bramkę szybko, w pierwszych minutach. Chodziło o to, aby nasi piłkarze mieli jeszcze czas na odrobienie strat. Wszystko przebiegło po naszej myśli. Po pięciu minutach przegrywaliśmy 0:1, ale mecz zakończył się naszym zwycięstwem 3-1. Na tle innych spotkań, nie był to jakiś wielki wyczyn. Słyszałem, że jedna z drużyn "opyliła" kiedyś trzy bramki, a potem… wygrała 4-3 - opowiada.

CDN

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nowiny 24
Dodaj ogłoszenie