Władysław Stefanik z Żurawicy: pod Monte Cassino...

    Władysław Stefanik z Żurawicy: pod Monte Cassino zdobywaliśmy niezdobywalne

    Norbert Ziętal

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    Za swoją bohaterską służbę Władysław Stefanik został odznaczony wieloma medalami i odznaczeniami. Dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Monte Cassino,

    Za swoją bohaterską służbę Władysław Stefanik został odznaczony wieloma medalami i odznaczeniami. Dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Monte Cassino, Krzyżem Czynu Armii Polskiej na Zachodzie, wysokimi odznaczeniami brytyjskimi i włoskimi. Wiele lat po wojnie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. ©Norbert Ziętal

    To była najsłynniejsza bitwa II wojny światowej, w której walczyli Polacy. Sukces był ogromny, choć okupiony ciężkimi stratami. - Szliśmy na rzeź, ale wojsko jest wojskiem i rozkazy trzeba wykonywać - wspomina Władysław Stefanik z Żurawicy pod Przemyślem.
    Za swoją bohaterską służbę Władysław Stefanik został odznaczony wieloma medalami i odznaczeniami. Dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Monte Cassino,

    Za swoją bohaterską służbę Władysław Stefanik został odznaczony wieloma medalami i odznaczeniami. Dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Monte Cassino, Krzyżem Czynu Armii Polskiej na Zachodzie, wysokimi odznaczeniami brytyjskimi i włoskimi. Wiele lat po wojnie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. ©Norbert Ziętal

    Gdy wybuchła wojna, Władysław Stefanik miał dopiero 17 lat i dwie nieudane próby wstąpienia w wojskowe szeregi. Najpierw chciał się dostać do wojskowej szkoły dla małoletnich w Nisku, potem na kurs szybowcowy do Ustianowej. Nie udało się.

    - Siedziałem na trybunach stadionu naszych Pancernych i zastanawiałem się co robić. Po kilku dniach spotkałem kolegę, starszego ode mnie, który był osobistym kierowcą płk. Wiśniowskiego z szefostwa sztabu Armii "Karpaty". Zaproponował, abyśmy przedostali się na sowiecką stronę okupacyjną - opowiada pan Władysław.

    Kolega twierdził, że chce się dostać do siostry w Turce koło Stryja. Naprawdę miał inne zadanie. Był żołnierzem przedwojennego wywiadu i miał polecenie znaleźć przewodników, którzy byliby w stanie przeprowadzać z Polski do Francji, przez Rumunię, ochotników odpowiadających na apel gen. Sikorskiego o wstępowaniu do tworzącej się polskiej armii we Francji.

    - Niestety, podczas przekraczania niemiecko - sowieckiej granicy wpadliśmy. Dostaliśmy się w łapy NKWD. Najpierw przesłuchania w Przemyślu, później wielomiesięczne śledztwo w Mikołajewie - wspomina pan Władysław.

    Wreszcie prokurator przedstawił mu zarzuty. Pech chciał, że pan Władysław miał przy sobie swoje zdjęcie na motocyklu i w wojskowej pilotce, zrobione dla zabawy. To był dowód dla sowieckich śledczych.

    Skazany na pięć lat ciężkich robót

    - Prokurator wyjaśnił mi jakie są wobec mnie zarzuty. Ty jesteś lotczyk (lotnik), oficer i ukrywasz stopień. Jesteś szpion (szpieg). Ja na to, jak to, przecież mam dopiero 17 lat. Jak zatem mogłem ukończyć szkoły i do tego zostać szpiegiem. Prokurator zbaraniał i powiedział: O job twoja mat, nie podumałem - pan Władysław ze szkoły dobrze znał rosyjski. Tylko dzięki temu mógł się wytłumaczyć. Dostał wyrok pięciu lat zsyłki na ciężkie roboty. Trafił w okolice Workuty.

    Po agresji Niemców na ZSRR w 1941 r. zmieniła się polityka Sowietów wobec Polski. Tylko na chwilę wprawdzie, ale wystarczyło to do ogłoszenia amnestii dla Polaków. Chwilę później podpisano polsko - sowiecką umowę wojskową. Umożliwiło to powstanie Armii Polskiej w ZSRR.

    - Jesteśmy na robocie. Przychodzi oddział sowieckich oficerów z psami. Myślimy, oho, niedobrze. Może nas rozstrzelają? Kazali się ustawić w półkolu i mówią: Wy od dzisiaj nie jesteście zakluczony, nie jesteście więźniami, lecz polskimi grażdanami i możecie jechać do polskiej armii. Matko, co się wtedy działo. Płacz, radość. Porzucaliśmy nasze narzędzia. Byliśmy wolni - wspomina.

    Włosy przymarzały do namiotu

    [obrazek3] W albumie fotograficznym ma wiele unikatowych zdjęć, głównie z okresy II wojny światowej. W tym miejsca, w których był podczas siedmioletniej wojennej tułaczki. (fot. Norbert Ziętal)Szybko okazało się, że w pełni wolny był tylko ten, który mógł się wylegitymować polskim dokumentem. Niektórzy nie mieli.

    Polski 2. Korpus tworzył gen. Władysław Anders. Z różnych obozów, ludzie szli wiele kilometrów piechotą do miejsc tworzenia się polskich oddziałów. Pan Władysław dotarł do Tockoje. 24 października 1941 roku wstąpił do polskiej armii, został przydzielony do 3. kompanii, 16. pułku piechoty. Później przeniesiony do tworzącego się Batalionu "Dzieci Lwowskich". Nie było łatwo. Polscy żołnierze zdani byli praktycznie tylko na siebie.

    - Mrozy były po 50 stopni. Dostaliśmy jedynie namioty. Szczęśliwie obok był poligon jeszcze carskiej kawalerii. Żłoby dla koni były z cegieł. Szybko je rozebraliśmy i ustawialiśmy z nich prowizorycznej piecyki. Jak ktoś w nocy przysnął i niefortunnie się ułożył, to z powodu znacznej różnicy temperatur włosy przymarzały mu do ściany namiotu - pan Władysław wspomina ciężki okres formowania polskich oddziałów.

    Przez Morze Kaspijskie, Persję (Iran), Irak, Palestynę, Egipt i Morze Śródziemne w grudniu 1943 r. dotarł z oddziałami do Włoch. Wkrótce zostali przerzuceni w pobliże frontu.

    W tym czasie trwały już walki o Monte Cassino, o przełamanie linii niemieckiej obrony. Linii Gustawa i znajdującej się tuż za nią Linii Hitlera. Broniły one dostępu do Rzymu.

    Gdzie inni nie mogą, tam Polaków posyłają

    Pierwsza bitwa o Monte Cassino rozpoczęła się 17 stycznia 1944 r. Główne zadania przypadły w udziale Brytyjczykom i Amerykanom. Nie było łatwo, bo do obrony Niemcy rzucili swoje doborowe jednostki. W dodatku świetnie zorganizowane i o wysokim morale. Szczególnie dobrze bronione było miasteczko Cassino. Druga bitwa o górę zaczęła się 15 lutego. Tym razem do boju ruszyli Nowozelandczycy. Bez powodzenia. Trzeci raz zaczęto nacierać 15 marca. Bez skutku. Wtedy zapadła decyzja o udziale Polaków.

    - Gen. Anders na głos przeprowadził rachunek sumienia. Monte Cassino to twierdza, o którą walczyło wiele narodów, to twierdza znana na cały świat. Jeśli odmówię, to korpus będzie użyty w dolinie rzeki Liri, gdzie natarcie przyniesie również ciężkie straty. Jeśli zdobędziemy Monte Cassino, a zdobyć je musimy, wysuniemy sprawę polską, obecnie tak tłamszoną, na czoło zagadnień świata - we wspomnieniach pisze szef sztabu 2. Korpusu płk. Kazimierz Wiśniowski.

    Datę ataku wyznaczono na 11 maja 1944 r.

    - Na początku do boju była rzucona tylko jedna kompania. Pierwszy atak był nieudany. 18 maja drugi raz nasi chłopcy uderzyli - wspomina pan Władysław. W tym momencie był jeszcze w odwodzie. Brał udział w walkach o przełamanie Linii Hitlera i miasteczko Piedimonte.

    18 maja ok. godz. 9.30 do ruin klasztoru Monte Cassino wkroczył polski patrol pod dowództwem przemyślanina ppor. Kazimierza Gurbiela. Zawiesili biało - czerwony proporzec na ruinach. Potem zmieniony na polską flagę, a na rozkaz gen. Andersa dodano również flagę brytyjską.

    - Do ataku zostaliśmy skierowani 23 maja. Całym pułkiem uderzyliśmy na Piedimonte. Byłem wtedy w plutonie rozpoznania. Ciężko było. W pierwszym dniu walk ranny został dowódca pułku. Zabity oficer łączności. Jego zadania przejął Józiu Winnicki z Przemyśla - opowiada pan Władysław.

    Dowoził czołgiem amunicję. Młodzi żołnierze, żądni walki, szybko wystrzelali większość amunicji.

    - Dowódca mnie wzywa i mówi: Władziu, gówniarze wystrzelali amunicję, trzeba dowozić. No to ruszyłem. Po kolei do każdego czołgu z osobna.

    Niósł rannego przed zdumionymi Niemcami

    Natarcie pod Piedimonte utknęło. To był bardzo trudny teren, zwłaszcza dla atakujących.

    W polu został ciężko ranny podchorąży Świdnicki, warszawiak. Miałem po niego jechać. Dodatkowo dostarczyć żywność naszym. Trochę podjechałem, ale pozostał mi otwarty, kilkudziesięciometrowy odcinek. Co robić?Jedzenie jakoś przeszmalcowałem, ale pozostał ranny. Wziąłem go za rękę, zarzuciłem sobie na plecy i twardo idę. Na oczach zbaraniałych z wrażenia Niemców. Szczęśliwie dotarliśmy do czołgu.

    Po ciężkich walkach udało się zdobyć Piedimonte. Pan Władysław, jak również inni żołnierze mieli obiecany odpoczynek nad Adriatykiem. Tymczasem musieli walczyć o portową Anconę i inne miasta. Posuwali się dalej na północ Włoch.

    - Na przedpolach Bolonii, 19 kwietnia 1945 r. oberwałem. Obrażenia głowy, pleców, nogi. Trafiłem do szpitala. Grubsze odłamki mi powyjmowali z głowy, mniejsze mam do dzisiaj - opowiada pan Władysław. Jak sam mówił "rany goiły się jak na psie", dlatego już wkrótce na własną prośbę opuścił szpital i ruszył do armii.

    Po wojnie przez chwilę był w Wielkiej Brytanii. Później wrócił do swojej Żurawicy, w której mieszka do dzisiaj.

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (12)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (12) forum.nowiny24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo