Zobaczyć ciszę

Piotr Samolewicz
"Wielka cisza” kontempluje bezruch i poetycki obraz.
"Wielka cisza” kontempluje bezruch i poetycki obraz.
Dokument Philipa Groeninga różni się wszystkim od tego, co przeciętnie oglądamy w kinach.

Żyjemy w świecie przeładowanym informacjami. W internecie i radiu co chwilę pojawia się news, a telewizja, billboardy, gazety strzelają pociskami reklam. Wielu ludzi uważa ten stan za normalny, nie poszukują dla siebie żadnej niszy.

Można to zauważyć choćby po zachowaniu turystów w górach. Zamiast bezinteresownej kontemplacji, robią zdjęcia. Kadrują pejzaż, jakby chcieli zatrzymać go na własność. Takie jest też dzisiejsze kino, zwłaszcza rozrywkowe. Jego bohaterowie - jak chociażby ostatni Bond, muszą być pociągający, zmieniają szerokości geograficzne jak rękawiczki. Akcja biegnie z prędkością odrzutowca, a z głośników płynie fala uderzeniowa dźwięków jak po wybuchu bomby atomowej.

Kontemplacja bezruchu

Tymczasem pojawił się film, który kontempluje bezruch, ciszę, jest poetyckim obrazem. Film stworzony wyłącznie do oglądania w kinie. I nie tylko dlatego, że dostarcza doskonale wykreowanej iluzji, pozwalającej zapomnieć o trudach życia, ale przeciwnie - pokazuje fragment obcej rzeczywistości, z którą trudno się jest utożsamiać.

Mowa o filmie dokumentalnym Philipa Groeninga "Wielka cisza", który opowiada o życiu w męskim klasztorze o najsurowszej regule, w monastyrze kartuzów w Alpach francuskich.

Zamienił się w mnicha

Philip Groening na wiele miesięcy sam zmienił się w mnicha. Respektując zasady życia w zakonie, w którym obowiązuje kontemplacja, milczenie, z kamerą podgląda życie braci odosobnionych w celach, zatopionych w modlitwie, wykonujących proste czynności. Kilkanaście lat musiał czekać na zgodę kartuzów, by wejść za mury. Czas w Kościele płynie wolno, ale zakonnikom zwlekającym z decyzją może także chodziło o poddanie próbie samego twórcy, by dojrzał do swojego dzieła.

Autentyzm i pokora

Jakkolwiek było, "Wielka cisza" ujmuje zdjęciami wydestylowanymi z medialnej powłoki, jaka nas otacza. Kamera pokazuje zwykłe guziki, pokazuje jak wiatr porusza białą płachtą. Wyczulona jest na światło wpadające do ukrytych za murami pomieszczeń.

Nocne codzienne czuwanie zakonników to misterium, o którym nie ważę się napisać słowa. Co najważniejsze, przez każdy gest, słowo mnichów przebijają autentyzm i pokora. Reżyser poddaje mnichów nawet swoistej "próbie". Jak to zwykle bywa w reportażu telewizyjnym, celuje obiektyw prosto w ich twarze. Większość z nich nie czuje zmieszania, nie przywdziewają masek. Są prości, zwyczajni, pogodni.

Niezmienność zdarzeń

Ale Philip Groening poddaje "próbie" także widzów. Często zmienia fakturę zdjęć na bardziej chropawą, by im uświadomić, że żyją mimo wszystko w świecie materialnym, ulegającym działaniu czasu.

Twórca stosuje też prostą regułę powtórzenia. Te same czynności, gesty pokazuje często z innej perspektywy, wpisując je w rytm dni i pór roku. Ulotność a jednocześnie niezmienność zdarzeń.

Czy ten film może stanowić przeżycie religijne? Odpowiadając na to pytanie, łatwo wpaść w pułapkę dużych liter. Jedno jest pewne, skoro tylu zdrowych ludzi, nie tylko w chrześcijaństwie, bez żadnego przymusu wyrzeka się przyjemności życia jakiego doznaje większość - by chwalić Boga, z pewnością nie jest on ułudą ani abstrakcją.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie