10 lat The Jet-Sons. Koncerty, dziewczyny, rock'n'roll

Grzegorz Król
Z okazji 10 lat działalności The Jet-Sons ruszają w półtoramiesięczną trasę po Europie. Od lewej Mateusz Pleśniak (gitara i wokal), Nikodem Soszyński (perkusja) i Krzysiek Pasieka (kontrabas).
Z okazji 10 lat działalności The Jet-Sons ruszają w półtoramiesięczną trasę po Europie. Od lewej Mateusz Pleśniak (gitara i wokal), Nikodem Soszyński (perkusja) i Krzysiek Pasieka (kontrabas). Archiwum zespołu
Jest rzucanie stanikami, raz nawet majtki poleciały na scenę. Przed państwem The Jet-Sons - gwiazda rockabilly z Rzeszowa. Właśnie obchodzą 10 lat działalności.

Zacznijmy od tego czym jest rockabilly. W czasach hiphopu, triumfalnego powrotu discopolo i płynącej z radia popeliny, nie każdy przecież wie o co chodzi. Rockabilly to jak powrót do zamierzchłych czasów, kiedy dziewczęta ubierały się w sukienki w grochy, a niegrzeczni chłopcy robili kolorowe tatuaże, zaczesywali do góry grzywki i jeździli wielkimi krążownikami szos. Z radia płynął rock'n'roll w najczystszej postaci, pierwotna mieszanka bluesa, boogie i klasycznego country. Na wokalu Elvis Presley, Johny Cash albo Ray Orbison.

Wszystko działo się oczywiście w Stanach, Polska lat 50. nie należała raczej do krajów rozrywkowych.

Muzyka

50 lat później. Gdzieś na Podkarpaciu trzech kupli z podwórka zakłada zespół. Postanawiają grać rockabilly. - No bo co innego można grać we trzech? - mówi Nikodem. - Niby punka, ale to nie jest muzyka do tańczenia.

Kupili więc kontrabas, bez którego nie da się podrabiać Elvisa i zaczęli tłuc tego swojego rock'n'rolla. I tłuką już tak od dziesięciu lat. Po całym Rzeszowie, całej Polsce, całej Europie...

Z trasy: Wielki Cygan z nożem

Jakiś parking gdzieś w Rumunii. Jemy kiełbasę, zagryzamy suchą bułką. Nagle patrzę, w naszą stronę idzie Cygan, wielki jak ściana, z półmetrowym nożem w dłoni. Zamykamy drzwi, zasuwamy okna, zatrzaskujemy się w samochodzie. Nie wiadomo o co chodzi, co za rzeź się szykuje. A ten puka w szybę i pyta: Ej, Polaki, kupicie nóż?

Koncerty

Grają głównie za granicą. Częściej są w Belgii niż w Polsce. Żaden zespół z Rzeszowa nie gra tylu koncertów co oni.

Cały kwiecień spędzili w trasie. Niemcy, Belgia, Włochy, Słowacja, Holandia, Francja. Teraz szykują się do kolejnej. Urodzinowej. Z okazji 10-lecia istnienia 1 czerwca rozpoczną ją w Warszawie, dzień później grają w rzeszowskim Red Zone. Później kilka występów w Polsce i znów zagranica - Słowacja, Niemcy, Szwajcaria, Belgia, Holandia, Dania i Szwecja. W sumie 30 koncertów. Towarzyszyć im będzie amerykański zespół The Broken Band.

- W Polsce scena rockabilly jest słabo rozwinięta. Do tego wszystkiego wkrada się dużo pozerstwa i lansu, co psuje tę scenę pozbawiając ją przebojowości i młodzieńczego ducha. Na Zachodzie jest dużo lepiej - opowiada Nikodem.

Więcej spontaniczności jest np. na Ukrainie czy w Rumunii, w której byli pierwszym zespołem rockabilly w historii.

- Tam rzadko przyjeżdżają rock'n'rollowe zespoły z zagranicy, więc każdy występ jest wielkim wydarzeniem. Przychodzi mnóstwo ludzi, którzy po prostu chcą się bawić - opowiada Nikodem.

Dziewczyny

Rock'n'roll bez dziewczyn by nie istniał. Te piski, staniki lecące na scenę...

- No rzucanie stanikami jest, raz nawet majtki poleciały - śmieje się Niko. - Podpisujemy się też dziewczynom na biustach. Ale przeważnie tym brzydszym. One chyba mają mniej wstydu.

Jest jeszcze historia o wielbicielce kontrabasistów i zniknięciu Krzyśka na kilkanaście godzin, ale nie wypada jej cytować. O wpływie dziewcząt na byłych muzyków The Jet-Sons jednak napisać można, bo to przez nie właśnie Nikodem co jakiś czas musi szukać nowych członków do zespołu.

- Fakt, że jeden poszedł do zakonu, ale z resztą było tak, że poznawali dziewczyny, które leciały na to nasze rockabilly i odchodzili z kapeli. Dawno temu, na jakiejś imprezie w Warszawie przepowiedział mi to Shakin Dudy. Myślałem wtedy, co on pieprzy. Wszystko potoczyło się tak, jak przepowiedział.

Z trasy: Ju nit a wud

Początkiem grudnia wylądowaliśmy na Węgrzech. Nocleg był na strychu nad warzywniakiem. Spanie na jakichś deskach, zamiast drzwi w futrynie wisiała szmata. Przed wejściem na górę facet mówi nam: You need to take a wood, tak dość dziwnie (Ju nit to tejk a wut), nie do końca zrozumiałem o co chodzi. A ten stuka w drzewo. Po co? - się pytam. Żeby rozpalić, bo tam jest zimno. Całą noc pełniliśmy dyżury, żeby ogień nie zgasł.

Pieniądze

Ciężko jest wyżyć z muzyki, zwłaszcza z tej niszowej, której nie gra się w popularnych stacjach radiowych.

- U nas jest takie podejście jak do grafiki, czy ogólnie do sztuki - muzyk to nie praca, muzyk i plastyk to nie zawód. Jak grasz po festynach, jak te wszystkie kapele z radia, to pewnie da się zarobić, ale tak to ciężko nazbierać na najniższą krajową.

The Jet-Sons nie mają menadżera, Nikodem sam załatwia wszystkie koncerty. Na sto wysłanych do klubów maili czasem dostaje dwie pozytywne odpowiedzi.

- Z weekendami jest w miarę prosto, ale ustaw trasę tak, żeby grać dzień w dzień. W Polsce w dodatku wszyscy chcą, żeby zagrać za piwo albo kasę z biletów. Za granicą z kolei lepiej nie mówić, że się jest z Polski, bo często na tym kończy się rozmowa. Teraz było łatwiej, bo jedziemy na trasę z Amerykanami.
W Anglii w ogóle do tej pory nie grali. Organizatorzy boją się ściągać kapele z Polski. Dlaczego? O tym w następnej historii z trasy.

Z trasy: Staszek z budowy

Przyjeżdżamy do klubu w Holandii. Na drzwiach wisi rozpiska imprez, a na niej The Jet-Sons (Sweden). Gramy koncert, przyszło na niego kilku Polaków, brudnych, zarośniętych, takich typowych Staszków z budowy. Posypały się teksty typu "K...wa grać, napier...lać", a po koncercie "Pożyczcie 10 euro, postawcie piwo". Gadam później z właścicielem. Powiedział, że jakby napisał, że jesteśmy z Polski, to by takich Staszków przyszło ze dwudziestu...

Sława

W zarabianiu pieniędzy, jak dobrze wiadomo, pomóc może sława. A żeby być dziś sławnym, trzeba wystąpić w telewizji.

Kiedy w Rzeszowie odbywał się casting do pierwszej edycji Must Be The Music, chłopaki ubrali się odświętnie i w pełnej gotowości, bladym świtem, stawili się na miejscu. Cały dzień czekali na swoją kolej. Po 20 zaczęło robić się nerwowo, bo o 21 mieli grać koncert w klubie Pod Palmą.

- O 20.30 wyszliśmy. Byliśmy trzeci w kolejce, ludzie patrzyli jak na debili. Najgorsze, że koncert okazał się słaby, a organizatorzy nawet za niego nie zapłacili.

Był jeszcze Mam Talent. Nie starali się specjalnie. Miła pani z TVN sama zadzwoniła i powiedziała, żeby przyjeżdżać na przesłuchanie. Miało być czystą formalnością, bo oni już ich słyszeli, więc będą w programie. Na miejscu okazało się, że studio nie jest przygotowane na diabelską muzykę z Podkarpacia. Zagrali dwie minuty. Brzmiało to jak fatalnie nagłośniona próba w piwnicy. Nikt później do nich nawet nie zadzwonił.

- I całe szczęście - mówi dziś Nikodem. - Zobaczyliśmy później jak tam się traktuje ludzi. Papiery, które podpisujesz, są jak cyrograf z diabłem. Jak zagrasz w tv kawałek, to możesz o nim zapomnieć. Niby jesteś promowany, ale niewiele z tego masz. Po co nam taka sława? Lepiej dalej ciężko pracować i robić swoje. Przyjdźcie w niedzielę na koncert. Pokażemy jak gra się rockandrolla!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie