Anna Dereszowska: Muszę dać widzom od siebie odpocząć

kmularz
archiwum
Z aktorką ANNĄ DERESZOWSKĄ rozmawia Marcin Kalita

Urodziła się 7 stycznia 1981 roku w Mikołowie. W 2003 roku ukończyła Akademię Teatralną w Warszawie. Związana ze stołecznym Teatrem Dramatycznym. Wystąpiła w takich filmach i serialach jak: "M jak Miłość", "Złotopolscy", "Zróbmy sobie wnuka", "Tango z aniołem", "Testosteron", "Tajemnica Twierdzy Szyfrów", "Świadek koronny", "Lejdis", "Randka w ciemno", "Naznaczony", "Klub szalonych dziewic", "Siła wyższa", "Na dobre i na złe", "Sęp". Związana z aktorem Piotrem Grabowskim. Wychowują 5-letnią córeczkę Lenę.

- W tym roku mija dziesięć lat od ukończenia przez panią szkoły teatralnej. Dobra okazja do świętowania?

- Zupełnie bym o tym zapomniała, gdyby nie zadzwonił do mnie kolega z roku, Marcin Kołaczkowski, z informacją, że z tej okazji chłopcy szykują jakąś imprezkę. Myślę, że to dobrze wykorzystane dziesięć lat. Oczywiście, można było zrobić więcej, ale chyba jestem w fajnym miejscu i czasie zawodowym. W każdym razie jestem zadowolona z tego okresu. Zagrałam parę fajnych rzeczy w teatrze, filmie i serialu, nagrałam dwie płyty. Robię to, co kocham. Udało mi się urodzić córeczkę. Spełniam się także prywatnie.

- Ale na Dworzec Centralny trafiła pani jeszcze na studiach…

- Zgadza się. Kiedy byłam na ostatnim roku Akademii Teatralnej, zaproponowano mi rolę posterunkowej Kaliny Fatalskiej w serialu "Złotopolscy". Spędziłam w nim aż osiem lat. Na szczęście nie była to wiodąca ani pierwszoplanowa rola, więc śmiało mogłam pojawiać się także w innych produkcjach.

- Jednak mocno utkwiła pani w głowach telewidzów, choćby dlatego, że zastąpiła pani na posterunku uwielbianą Marylkę, graną przez Annę Przybylską.

- Ania była tuż po urodzeniu dziecka, więc moja postać pojawiła się na Centralnym z potrzeby wprowadzenia tam kobiety, mogącej robić ferment na posterunku (śmiech). Ale była to fajna przygoda, bo właśnie takie charakterystyczne, wyraziste, zadziorne i nawet momentami negatywne postacie cudownie się gra. Reżyserzy i producenci "Złotopolskich" pozwalali mi na prowadzenie Kaliny nieco z przymrużeniem oka, dzięki czemu wzbudzała ona raczej pozytywne reakcje i sympatię widzów. Kolejnym szczęściem było dla mnie to, że ten serial zetknął mnie z Pawłem Wawrzeckim, który bardzo mi pomagał. Były to w końcu moje pierwsze kroki przed kamerą. Często się potykałam, zapominałam. Paweł wykazywał wobec mnie wiele cierpliwości, wiele się też od niego nauczyłam. Jestem mu za to bardzo wdzięczna.

- Nie było pani żal, kiedy ogłoszono koniec realizacji serialu?

- Kiedy coś się kończy, zawsze jest smutno. Na szczęście ja nie miałam tego problemu co Małgosia Kożuchowska czy Joasia Koroniewska z "M jak Miłość". Nie byłam utożsamiana z rolą Kaliny do tego stopnia co one z Mostowiakami, przez co nie otrzymywały innych propozycji. Owszem, Kalina dała mi rozpoznawalność i pewnie gdyby nie ona inaczej potoczyłoby się moje życie zawodowe.

- Stare porzekadło mówi, że "za mundurem panny sznurem". A jak to jest, kiedy pani ubierze mundur?

- Nic nie jest (śmiech)! Muszę przyznać, że te mundury, które nosiliśmy w "Złotopolskich", były zupełnie nietwarzowe. Dziś inaczej już one wyglądają. Anka Przybylska w mundurze wyglądała świetnie. Na mnie z kolei on po prostu nie leżał. Nie ukrywam, że chętnie zagrałabym taką rasową policjantkę z drogówki lub grupy antyterrorystycznej. Na taką propozycję czekam z niecierpliwością.

- A zdarzało się pani uniknąć zapłacenia mandatu dzięki roli posterunkowej?

- Może ze dwa lub trzy razy. Ale generalnie mandaty płaciłam. Może były one nieco niższe, ale zdarzały się. Na ogół były to miłe spotkania, kończące się prośbą o pozdrowienie komendanta. Najważniejsze jednak to, że nigdy nie spotkałam się z pretensjami, że pokazujemy "kolegów po fachu" w nieco krzywym zwierciadle.

- Poza "Złotopolskimi" pojawiała się pani także w innych lubianych serialach, m.in. we wspomnianym "M jak Miłość" czy "Na dobre i na złe". Gdzie się pani czuła najlepiej: na Centralnym, w Grabinie, czy Leśnej Górze?

- Jasna sprawa, że na Centralnym. Ten dworzec przez kilka lat był w końcu moim drugim domem. Na nim spędzałam mnóstwo czasu. Tam nauczyłam się punktualności i szacunku dla pracy całej ekipy. Nie tylko ja byłam ważna, dlatego że stawałam przed kamerą, ale również ci wszyscy, którzy pracowali na to, żebym dobrze przed nią wypadła.

- Czy teraz, kiedy zdarza się pani bywać na Centralnym, łezka się w oku kręci?

- No pewnie. Szczególnie kiedy słyszę zapowiedzi pociągów i ten poprzedzający je dzwoneczek. Z rozrzewnieniem wspominam tamte czasy.

- Lubi pani spotkania z dziennikarzami?

- Jeśli zadają ciekawe pytania, to owszem. Natomiast nie jest to moja ulubiona część tego zawodu.

- Pani także dwukrotnie wcieliła się w rolę reporterki, w "Samym życiu" i w "Randce w ciemno".

- Do tego pan pije (śmiech). W tej drugiej produkcji przedstawiłam zawód dziennikarki w dość mocno krzywym zwierciadle. Doskonale rozumiem dziennikarzy profesjonalistów, bo w końcu z tego żyją. Ale oni nie mają nic wspólnego z dziennikarzami w cudzym słowie, żerującymi na naszym życiu prywatnym.

- Zdarzają się takie pytania, których nigdy by pani nie chciała usłyszeć?

- Oczywiście, że tak. I te właśnie najbardziej mnie irytujące padają najczęściej. Kiedyś pozwoliłam dziennikarzom jednego z poczytnych pism kolorowych na wspólną sesję z moim partnerem. Teraz już wiem, że nie należy tego robić i obym nigdy ponownie nie dostała takowego zaćmienia. Dziennikarzom wydaje się, że skoro raz powiedziałam "tak", to za następnymi nie będę miała z tym problemu i że mogą wchodzić z butami w moje życie prywatne. A jak sama nazwa wskazuje, jest to moje prywatne życie!

- Wróćmy zatem do tego zawodowego. Zanim trafiła pani do szkoły teatralnej, ukończyła studium muzyczne…

- Miałam wiele różnych zainteresowań. Mój brat ukończył szkołę muzyczną I stopnia. Niestety ja, pewnie z lenistwa, nie poszłam w jego ślady. Natomiast zawsze chciałam grać na jakimś instrumencie. Dziś, gdyby ktoś posadził mnie przy pianinie, nie zagrałabym niczego, ale dzięki studium poznałam nuty, a ich znajomość bardzo pomaga mi w zawodzie, choćby wtedy, kiedy pracuję nad jakimś musicalem.

- A kiedy w pani życiu pojawił się śpiew?

- Jeszcze w szkole teatralnej. Zajęcia ze śpiewu miałam z panią Krystyną Tkacz, która jest specyficznym i bardzo wymagającym pedagogiem. To właśnie ona zauważyła we mnie kawałek głosu i predyspozycje wokalne. Poznała mnie z Urszulą Borkowską, która była akompaniatorką w czasie naszych zajęć. To wspaniała pianistka, aranżerka i kompozytorka, z którą współpracuję do dzisiaj.

- Ma pani na koncie dwa albumy: z zespołem Machina Del Tango, z którym współpracuje od lat i solowy "Już nie zapomnisz mnie" ze szlagierami polskiego kina przedwojennego.

- To przepiękne piosenki z równie przepięknymi tekstami, które fantastycznie się śpiewa. Te utwory mają swoją historię do opowiedzenia. Mnie, jako aktorce, jest to niezwykle bliskie, stąd taki a nie inny dobór repertuaru na płytę. Poza tym dziś już nikt nie tworzy takich utworów. Może poza Anią Dąbrowską, którą niezwykle szanuję i lubię jako artystkę.

- Czyli nie ma szans, żeby Dereszowska nagrała płytę stricte popową?

- Jest tylu znakomitych wokalistów i wokalistek. Nie widzę sensu w wożeniu drwa do lasu (uśmiech). Dobrze mi z tym, co robię i myślę, że robię to dobrze. Estradę pozostawiam Patrycji Markowskiej, którą także cenię. Ja się w to nie zamierzam mieszać.

- Jest pani świeżo po premierze spektaklu muzycznego "Siostrunie". Jakie są dalsze plany? Gdzie będzie można zobaczyć Annę Dereszowską w najbliższym czasie?

- Obecnie skupiam się na "Prawie Agaty". Poza tym od czasu do czasu zamierzam zajrzeć do szpitala w Leśnej Górze. Dwie duże fabuły filmowe mam w planach na przyszły rok. Ale nauczona doświadczeniem wolę nie zdradzać, żeby nie zapeszyć. Bo dzisiaj nawet podpisana umowa nie gwarantuje rozpoczęcia zdjęć na planie. Na jesieni wracam na deski Teatru 6. Piętro, gdzie w grudniu czeka mnie kolejna premiera. Cieszę się na tę pracę, bo będzie to dla mnie cudowny płodozmian. Ostatnio dużo mnie było na ekranie. Muszę dać sobie odpocząć od kamery i widzom od siebie, żebym im się nie opatrzyła.

FLESZ: Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3