MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Podejrzany o zabójstwo Marka Pomykały stanie przed sądem. Po 27 latach

Dorota Mękarska
Dorota Mękarska
Marek Pomykała zaginął 29 kwietnia 1997 roku
Marek Pomykała zaginął 29 kwietnia 1997 roku
Tadeusz P., ekspolicjant, stanie przed sądem za zabójstwo sanockiego dziennikarza Marka Pomykały. To ostatni akord mrocznej historii bezprawia, poczucia bezkarności i kłamstwa, ale pierwszy w dochodzeniu do sprawiedliwości.

Spis treści

Prokuratura Okręgowa w Krakowie w dniu 21 maja 2024 roku skierowała do Sądu Okręgowego w Krośnie akt oskarżenia przeciwko Tadeuszowi P., byłemu stróżowi prawa.

Siedem przestępstw w akcie oskarżenia

Pierwszym chronologicznie czynem, o który został oskarżony Tadeusz P., jest pozbawienie życia Krzysztofa Pyki, byłego milicjanta, którego Tadeusz P. miał utopić w Jeziorze Solińskim w nocy z 12 na 13 grudnia 1985 r. w Polańczyku. Kolejne zabójstwo, którego w ocenie prokuratury dopuścił się Tadeusz P., jest zabójstwo Marka Pomykały, do którego miało dojść na przełomie kwietnia i maja 1997 roku w Wołkowyi.

Oskarżonemu zarzucono nadto usiłowanie zabójstwa żony Ewy P. Były policjant dodawał truciznę do jej napojów, chcąc pozbawić ją życia. Kulminacją było zaś wstrzyknięcie do papierosów rtęci w śmiertelnej dawce. Stało się to w listopadzie 2016 r. Zdaniem prokuratury, pokrzywdzoną przed śmiercią uchroniła jedynie własna ostrożność.

Tadeuszowi P. zarzucono ponadto popełnienie przestępstw penalizowanych przepisami ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii oraz czynów przeciwko wiarygodności dokumentów.

- Proces będzie częściowo poszlakowy - mówi prokurator Janusz Kowalski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Krakowie. - Musimy pamiętać, że mamy do czynienia ze zdarzeniami, które dzieją się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, od 1985 roku, aż do momentu zatrzymania.

Marek miał w Bieszczadach „kopalnię tematów”

Marek Pomykała był dziennikarzem związanym z sanockimi mediami: „Tygodnikiem Sanockim” i „Echem Sanoka”, którego był współtwórcą. Doświadczenie dziennikarskie zdobył już w czasie studiów w Krakowie, co miało niebagatelne znaczenie przy tworzeniu młodej wówczas gazety samorządowej i powołaniu do życia niezależnego „Echa Sanoka”.

Rok przed zaginięciem rozpoczął pracę w „Gazecie Bieszczadzkiej”. Spełniał się w niej zawodowo, gdyż w regionie bieszczadzkim odkrył „kopalnię tematów”. Lubił jeździć w teren, gdyż miał żyłkę reportażysty.

Pracował także jako korespondent terenowy gazet sportowych i choć dysponował wiedzą o wszystkich uprawianych w Sanoku dyscyplinach sportu, to jego prawdziwą pasją był hokej, któremu oddał całe serce.

Raz, właśnie jako kibic hokeja, otarł się o śmierć. 23 stycznia 1995 roku wracający z meczu w Sosnowcu hokeiści STS Autosan Sanok mieli wypadek pod Rymanowem w pobliżu miejscowości Gniewoszówka. Marek jechał razem z nimi. Kilkanaście kilometrów od Sanoka autokar został zepchnięty z oblodzonej drogi przez bardzo silny wiatr. Przewrócił się na bok, przygniatając śmiertelnie trzy osoby.

Dobry dziennikarz, skomplikowany człowiek

Marek nie był typem grzecznego chłopca. To pozwalało mu poruszać się w różnych środowiskach, ale miało też swoją ciemną stronę. Nie można było mu odmówić błyskotliwości i dziennikarskiego nosa. Był odważnym dziennikarzem, chociaż ostrożnym człowiekiem. Nie był typem zabijaki, bo choć miał dużą posturę, nie należał do ludzi rzucających się z pięściami na innych. To zapewne go zgubiło.

Był lubiany, choć bywało, że doprowadzał współpracowników do szewskiej pasji. Nie jest tajemnicą, że nie wylewał za kołnierz. We wczesnej młodości przeszedł dwa kryzysy egzystencjalne zakończone próbami samobójczymi, ale jako dorosły człowiek starał się w miarę normalnie funkcjonować, choć nie działo się to bez komplikacji. Ożenił się, pracował, kupił samochód, ale niespokojny duch w nim pozostał.

Marek wyszedł z domu i już do niego nie wrócił

Zaginął 29 kwietnia 1997 roku. Nic nie wskazywało, że może targnąć się na życie. Miał wiele planów zawodowych i życiowych.

Jak ustaliła prokuratura na podstawie bilingów, dziennikarz z domowego telefonu kontaktował się w dniu zaginięcia z ówczesnym komendantem wojewódzkim policji w Krośnie i jego zastępcą. Wieczorem wyszedł z domu i już do niego nie wrócił.

Jego „małego” fiata znaleziono po 3 dniach przed bramą korony zapory w Solinie. W baku nie było ani kropli paliwa, co wskazywało, że auto zostało tam zaciągnięte. Samochód nigdy nie został poddany przez policję oględzinom, nie pobrano odcisków palców ani próbek DNA.

Dziennikarz przepadł jak kamień w wodę

Poszukiwania na nic się zdały. Marek przepadł jak kamień w wodę. Rodzina uciekła się więc do pomocy kilku jasnowidzów. Wszyscy byli pewni, że Marek nie żyje. Dwóch z nich „zobaczyło”, że ciało mężczyzny znajduje się w Jeziorze Solińskim lub Myczkowieckim. Nurkowie podjęli akcję poszukiwawczą, ale skończyła się ona fiaskiem. Ciała dziennikarza nie znaleziono.

We wszczętym po zaginięciu śledztwie były brane pod uwagę różne wersje zdarzeń. Jedną z nich była hipoteza dotycząca samobójczej śmierci. Sprawie szybko ucięto łeb i postępowanie umorzono.

Dzisiaj już wiemy, że przed zaginięciem Marek Pomykała podjął trop, który wiódł do zdarzenia sprzed 10 lat. Dziennikarz prowadził śledztwo w sprawie wypadku w Łączkach, spowodowanego przez Tadeusza P.

Wyczerpano procesowe możliwości wyjaśnienia losu zaginionego

W 1999 r. śledztwo podjęto powtórnie, ale już pod kątem nieumyślnego spowodowania śmierci. Do sprawy niewiele wniesiono i po miesiącu ją zamknięto. „Z uzyskanych zeznań wynika, że jakkolwiek nie można wykluczyć zabójstwa, to jednak biorąc pod uwagę cechy charakteru zaginionego i jego życie rodzinne i zawodowe wskazują, iż jak najbardziej prawdopodobną przyczyną zaginięcia jest samobójstwo. Ponieważ również czynności pozaprocesowe prowadzone równolegle z procesowymi, nie dały pozytywnego rezultatu, a sprawdzenie połączeń telefonicznych w dniu zaginięcia z telefonu Marka wskazuje, iż rozmów nie było, należy uznać, że na obecnym etapie wyczerpano już procesowe możliwości wyjaśnienia losu zaginionego i dochodzenie postanowiono umorzyć” - tak brzmi fragment uzasadnienia.

Wydawało się, że sprawa jest już całkowicie „pozamiatana”, ale nagle w 2014 r. ponownie wszczęto śledztwo, tym razem pod kątem zabójstwa. Stało się to za sprawą zeznań mieszkanki Sanoka, której zwierzyła się koleżanka, Wioletta Z., że zbrodni dopuścił się człowiek, z którym miała romans. Mężczyzna miał udusić Marka Pomykałę w domku letniskowym w Wołkowyi.

Milicjant spowodował wypadek, a jako policjant został szefem „drogówki”

Chodziło o Tadeusza P., emerytowanego już policjanta, który karierę w służbach mundurowych rozpoczął jeszcze w milicji. Piął się po szczeblach kariery i w czasach PRL pełnił funkcję zastępcy szefa Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Lesku. W III RP był zastępcą komendanta policji w Lesku, szefem Wydziału Prewencji w Komendzie Powiatowej Policji w Sanoku, a następnie naczelnikiem sanockiej „drogówki”.

21 listopada 1985 roku milicjant spowodował „po pijaku” wypadek ze skutkiem śmiertelnym. Stało się to w miejscowości Łączki w powiecie leskim. Winę wziął na siebie jego ojciec Franciszek, który został przywieziony przez milicjantów na miejsce zdarzenia i posadzony za kierownicą.

Zabity przez kolegów w Bieszczadach

Jednym ze świadków tego tragicznego zdarzenia był milicjant Krzysztof Pyka. Ówczesny stróż prawa nie był zresztą jedynym świadkiem. Sprawę zatuszowano, ale młody milicjant nie mógł się z tym pogodzić. W nocy z 12 na 13 grudnia 1985 roku przepadł bez wieści. Znaleziono go po dwóch miesiącach utopionego w Jeziorze Solińskim. Uznano, że stało się to w wyniku nieszczęśliwego wypadku, ale ludzie myśleli inaczej. Ojciec młodego milicjanta na klepsydrach informujących o śmierci syna podopisywał: „Zabity przez kolegów w Bieszczadach”.

„Poszedł” też anonim do generała Czesława Kiszczaka, którego autor dopominał się o sprawiedliwość w sprawie wypadku, ale napisał również o śmierci Krzysztofa Pyki.

Po 28 latach od napisania anonimu konkubina Tadeusza P. zeznała, że to jej były partner utopił kolegę milicjanta, jak również, że zabił Marka Pomykałę, gdy ten zaczął węszyć w sprawie wypadku w Łączkach.

Na tej postawie Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie wszczęła w 2014 r. śledztwo pod kątem zabójstwa dziennikarza, ale po roku zostało ono znowu umorzone. Tadeusza P. specjalnie nie niepokojono, gdyż nie został nawet przesłuchany i nie przeszukano jego działki w Wołkowyi.

Doświadczeni prokuratorzy i policjanci z Archiwum X wkraczają do akcji

Sprawa wracała jednak jak bumerang. Zajęli się nią dziennikarze z ogólnopolskich mediów, którzy wezwali Prokuraturę Krajową do podjęcia na nowo śledztwa.

Departament Postępowania Przygotowawczego Prokuratury Krajowej przeanalizował materiały i na tej podstawie pod koniec 2020 r. podjęto umorzone w Rzeszowie śledztwo. Tym razem nie powierzono go organom ścigania z Podkarpacia, ale przeniesiono do Krakowa. Tajemniczą sprawą zajęła się Prokuratura Okręgowa w Krakowie. Prowadził ją zespół doświadczonych prokuratorów, którzy już wcześniej prowadzili podobne postępowania. Czynności operacyjne wykonywali policjanci z tzw. Archiwum X.

- Podkreślić należy bardzo dobrą współpracę między Archiwum X a prokuraturą. To zaowocowało efektem w postaci możliwości zatrzymania i postawienia zarzutów oraz wniosku o tymczasowe aresztowanie - zaznacza rzecznik prasowy.

Utopił milicjanta, udusił dziennikarza, a żonę podtruwał

Tadeusz P. został zatrzymany w 2022 r. Przedstawiono mu cztery zarzuty. Sąd Rejonowy dla Krakowa-Śródmieście zastosował areszt tymczasowy i do chwili obecnej jest on kontynuowany. Przedłużano go postanowieniami Sądu Okręgowego, a następnie Sądu Apelacyjnego w Krakowie.

Według ustaleń krakowskich śledczych, to właśnie były policjant zepchnął Krzysztofa Pykę do zalewu z pomostu do cumowania łodzi. Miał też już jako policjant zabić Marka Pomykałę, próbującego odkryć prawdziwe okoliczności wypadku w Łączkach i jego następstwa. Według śledczych podstępnie zwabił dziennikarza do domku letniskowego w Wołkowyi nad Zalewem Solińskim, następnie upił i udusił.

Nie ma, niestety, odpowiedzi na pytanie, gdzie znajdują się szczątki Marka Pomykały. Przeszukanie działki letniskowej w Wołkowyi nie dało rezultatu.

Były policjant zacierał ślady zbrodni posuwając się do kolejnej?

Na dodatek, według śledczych, Tadeusz P. próbował otruć własną żonę. W okresie pomiędzy 2015 a listopadem 2016 roku systematycznie dodawał jej do napojów znaczne dawki leków. Miał też umieścić w jej papierosach rtęć, ale na szczęście żona ich nie wypaliła.

Co takiego skłoniło Tadeusza P., że zaczął dybać na zdrowie i życie małżonki?

- Do tej ostatniej kwestii nie mogę się odnieść, gdyż nie będę ujawniać materiału dowodowego - zaznacza prokurator Janusz Kowalski. - Natomiast mamy tu do czynienia z działaniem sprawcy zacierającego ślady pierwotnej zbrodni, czyli z eskalacją przestępczych zachowań - jeden czyn zabroniony pociągał za sobą następny i to na przestrzeni dłuższego okresu czasu.

W trakcie postępowania oskarżony był badany przez biegłych psychiatrów i psychologów. Ich opinie zawarte są w aktach sprawy.

- Biegli wskazali motywacje i okoliczności, które mogły mieć wpływ na jego zachowanie - dodaje rzecznik prasowy.

Ostatni zarzut dotyczył posiadania środków odurzających.

Upływ czasu działał na niekorzyść śledczych

W akcie oskarżenia Tadeuszowi P. zarzucono popełnienie siedmiu przestępstw. Do żadnego z nich były policjant nie przyznał się.

- Złożył wyjaśnienia. Rolą śledczych było ich zweryfikowanie i takie czynności zostały podjęte. Treści nie mogę ujawnić, bo obecnie gospodarzem postępowania jest sąd, ale ma to również związek z kwestią procesu poszlakowego. Im mniej informacji pojawi się w przestrzeni publicznej przed jego rozpoczęciem, tym lepiej dla sprawy, gdyż mogą wystąpić zaburzenia wiadomości posiadanych przez świadków z informacjami, które funkcjonują w przestrzeni publicznej. Dla jakości zeznań nie powinno mieszać się informacji z tych dwóch źródeł - podkreśla prokurator Kowalski.

Akt oskarżenia jest bardzo obszerny, liczy 35 tomów i ponad 230 stron.

- Prokuratorzy włożyli wiele wysiłku w jego precyzyjne opracowanie. To nie była tylko kwestia odniesienia się do kwalifikacji prawnej czynu, ale także ewentualnego przedawnienia karalności. Ten aspekt sprawy ma tu istotne znaczenie, bo do pierwszego zdarzenia doszło w nocy z 12 na 13 grudnia 1985 r., do drugiego zabójstwa w okresie między 30 kwietnia a 1 maja 1997 r. To jest znaczny przedział czasowy. Natomiast do usiłowania zabójstwa doszło w latach 2015-2016 - dodaje rzecznik prasowy. - Upływ czasu rzutował na bieg prowadzonych czynności i prokuratorzy w uzasadnieniu odnieśli się właśnie do kwestii braku przesłanki przedawnienia.

Zdaniem śledczych tak długi czas wpływał na konieczność przeprowadzenia drobiazgowego śledztwa, tym bardziej że z tego względu dostęp do niektórych materiałów uległ ograniczeniu.

- Trzeba było odtwarzać pewne dokumenty i sytuacje, które miały istotne znaczenie dla prowadzonego śledztwa - zaznacza nasz rozmówca.

Dwanaście przypadków wyłączonych do odrębnego postępowania

W przededniu rozpoczęcia procesu sądowego, trudno nie spojrzeć w przeszłość. Trzeba zadać pytanie, dlaczego dopiero po 27 latach podejrzany stanie przed sądem? Prokurator Janusz Kowalski nie odpowiada wprost na tę kwestię.

- W toku prowadzonego śledztwa, analizy akt i szeregu postępowań pojawiły się również informacje o innych czynach zabronionych, ewentualnie wskazujących na możliwość popełnienia przestępstwa - informuje. - W tym zakresie materiały zostały wyłączone do odrębnego postępowania, by nie zaburzać głównego wątku sprawy. To 12 przypadków ujawnionych przestępstw w ramach prowadzonych czynności w podstawowej sprawie. Będą one kontynuowane w Prokuraturze Okręgowej w Krakowie. Niektóre z nich dotyczą kwestii przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariuszy MO, ewentualnie ówczesnych prokuratorów. Ten wątek nie został pominięty, a czynności w tym zakresie będą kontynuowane.

Marek Pomykała zaginął 29 kwietnia 1997 roku
Marek Pomykała zaginął 29 kwietnia 1997 roku
od 7 lat
Wideo

Jak politycy typują wyniki polskiej reprezentacji?

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na nowiny24.pl Nowiny 24