Wspomnienia małolata znad Soliny

Wysłuchał Jerzy Leniart
Nad Solinę sztormiak się przydał. Prawie cały czas padał deszcz...
Nad Solinę sztormiak się przydał. Prawie cały czas padał deszcz... Jerzy Leniart
Jak zwykle przed wakacjami, pojawił się problem. Mama chce jechać nad morze, tata żeglować po Solinie, a ja najchętniej zostałbym w domu...

Zostałbym w domu i spokojnie - bez szkolnych koszmarów i kontrolnych pytań "czy odrobiłeś zadanie" - siedzieć w necie, grać na konsoli, jeździć na rolkach, chodzić na basen.

Dyskusji nie było, wyszło jak zwykle. Głowa rodziny zdecydowała - jedziemy na tydzień w Bieszczady. Zrezygnowałem z protestów, mama też chyba uznała, że lepsze bieszczadzkie morze niż żadne. Pies nic nie miał do gadania.

Muszę to jakoś przetrzymać

Przygotowania trwały tydzień. Najpierw tata sporządził długą listę, co trzeba zabrać. Siekiera, łopata, sztormiaki, menażki (przecież na jachcie są talerze), niezbędniki, zapas baterii, gazową lampę, wędki, zestaw robaków czerwonych i białych, zanętę, coś jeszcze.

Potem mama przejrzała listę, skreśliła połowę i dopisała: makaron (3 rodzaje), herbata, kakao, kawa, ściereczki lniane i ręczniki papierowe, wietnamskie zupki, cukier, konserwy, karma Chappi dla psa, leżaki, stolik, deseczka do krojenia, pepsi, soki, owoce, warzywa, garnek duży i mały itp. Znów tata obejrzał listę i stwierdził, że tyle gratów nie zmieści się do bagażnika samochodu. Mama - że się zmieści i się pokłócili. Miałem nadzieję, że wyprawa "Jachtem po Solinie" upadnie. Niestety.
Cumy rzucone

Do wyjazdu trzy dni. Powoli spokój zapanował w rodzinie, a lista wspólnie została skrócona. Ja dopisałem zapas gumy do żucia (przeciwdziała szkorbutowi) i podwójny zestaw batoników Mars. Tata zaczął krzyczeć, że wystarczy tych słodyczy (przecież tylko 12) i pojechał do Makro.

W sobotę zaczęliśmy pakować tę górę bagaży do samochodu. Bagażnik nie chciał się zamknąć, więc z powrotem wyciągaliśmy te wszystkie pudła i torby na parkingu przed blokiem. Z okien patrzyli na to zamieszanie wszyscy sąsiedzi, a piwosze siedzący na ławeczce zakładali się zmieści się - nie zmieści.

Korzystając z zamieszania wyciągnąłem podręcznik do angielskiego (miałem się doszkalać nad Soliną) i wsunąłem tableta plus zestaw komiksów z Batmanem.

Plecak spięty pasami trafił na przedni fotel, śpiwory pod nogi i jakoś wreszcie ruszyliśmy. W ostatniej chwili tata przypomniał sobie, że butli nie ma gazu. Wymieniliśmy na stacji i jedziemy. Jeszcze tylko wizyta u znajomego, który przygotował specjalny zestaw spławików i haczyków (tylko nad Solinę) i jedziemy.
Na kei rozłożyliśmy znów wszystkie graty i zaczęliśmy upychać do żaglówki. Tzn. rodzice pakowali, a ja miałem stać z boku i nie przeszkadzać. Więc nie przeszkadzałem i grałem w fifę. Minęło kilka godzin i wreszcie wypłynęliśmy.

Szot foka czy fok szota

Tata zarządził powtórkę. To fał grota, to szot foka, talia, szekla, węzeł cumowniczy, knagowy. Jakaś magia. Nic nie pamiętałem z ubiegłorocznego rejsu. Tata zaczął nudzić: nic cię nie interesuje, tylko internet i głupie gry. Położyłem uszy po sobie i schowałem się do kabiny. Obok przytulił się pies i tak jakoś przetrwaliśmy pierwszy dzień.

Mama nic nie mówiła, tylko patrzyła na zielone wzgórza. I dziwiła się, jak tu cisza. I po chwili włączyła radio. Wiało słabo i wlekliśmy się pod wiatr kilka godzin. Zwrot na wiatr w prawo, zwrot w lewo. Wybierz foka, luzuj foka. Minęliśmy Wyspę Skalistą, potem dworek należący do Victoriniego. Tata zwykle milczący opowiadał o tym człowieku niezwykłe historie, sam przetrwał w tej dziczy kilkadziesiąt lat, taki bieszczadzki Robinson.

Zacumowaliśmy w zatoce naprzeciw Drzewa Wisielca. Zrzuciliśmy żagle i do wody. Kąpaliśmy się przez kilka godzin. I to był jedyny słoneczny dzień w czasie tygodniowego rejsu. Padało rano, w południe i wieczorem. I jeszcze w nocy. Dach żaglówki zaczął przeciekać. Gdy ktoś spał, kapało mu na głowę. Wyciągałem gumy do żucia z plecaka. Trzy minuty żucia i kleiliśmy dziurki. Pomagało na kilka godzin.
Bunt na pokładzie

Po trzech dniach były mokre śpiwory, materace, wszystkie spodnie i koszule. Aby rano wyjść z łódki na brzeg i się wysikać, ubieraliśmy najmniej wilgotne ciuchy i sztormiaki. Zjedliśmy "sztormowe" zapasy czekolady, malinowe budynie, przeczytałem wszystkie komiksy i mimo deszczu kąpałem się w Solinie.

Na szczęście nie ma tutaj komarów. Ale w nocy, gdy cumowaliśmy w zatokach słychać było buszujące w zaroślach jakieś zwierzaki. Przy burtach tłukły się sandacze, nawet widziałem bobra, który płynął na drugi brzeg zatoki. Oczy świeciły mu się jak ogniki wampirów.

Radio popsuło się z wilgoci. Tablet też siadł. Mama, która lubi słońce i słaby wiatr (żeby tylko żaglówka się nie przechylała, bo się wywróci), zaczęła narzekać i chciała wracać do domu. Ja też. Tylko tata był szczęśliwy zwłaszcza, gdy mocniej wiało. Cumował, stawiał i zrzucał żagle, siedział mokry godzinami za sterem, zapalał ogniska nawet w deszczu.

Żeglował w stronę Chrewtu, Rajskiego, bo jak twierdził tam są jeszcze prawdziwe Bieszczady, bez stonki, dyskotek i hamburgerów. I zawsze rano twierdził, że pogoda się poprawia. Chociaż wszędzie był ciemne chmury. Zadowolony był również pies, który uznał Solinę za swoją własność i oszczekiwał inne łódki. Lubi żeglować, choć nie znosi kąpieli.

Cierpieliśmy z mamą w milczeniu. Wreszcie zaczęliśmy się buntować. W rodzinnym głosowaniu tata przegrał. Gdy zły niczym burza sterował z powrotem do portu, nagle zaczęło świecić słońce. Zacumowaliśmy w cichej zatoce obok Baranich Rogów. I wytrzymaliśmy te kilka dni do końca rejsu.

W lesie znalazłem białą czaszkę chyba wilka. Włożyłem do środka świeczkę. W nocy wyglądał ekstra. Wieczorem tradycyjne ognisko, trochę grzybów, wędkowanie. Super przynęty nie działały, choć tata kombinował i zmieniał zestawy. Szczupaki i sandacze omijały nasze białe i czerwone robaki, karpie gardziły kukurydzą i kulkami z ciasta zaprawianego specjalnymi przyprawami. Złapała się tylko jedna ryba na żółty ser, który założyła mama. Podobno to jest niemożliwe.

Gdy dobiliśmy do kei, spojrzałem na Solinę. Za rok znów tu wrócimy? Tata twierdzi, że jeszcze nie odwiedziliśmy iluś tam zatoczek. Może lepiej pojadę na obóz jeździecki…

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie