Jan Pacześniak zginął podczas pacyfikacji Staroniwy za ogrodzeniem swojego domu

Jaromir Kwiatkowski
Józef (z lewej) i Jan (z prawej) Pacześniakowie. W środku kolega braci.Stanisława Piotrowska: - Ojciec powiedział do nas: „nie wstawajcie, ja otworzę”. Chwilę czekałyśmy, nic się nie działo. Dygotałam ze strachu, słysząc niemiecką mowę. Później rozległy się strzały.
Józef (z lewej) i Jan (z prawej) Pacześniakowie. W środku kolega braci.Stanisława Piotrowska: - Ojciec powiedział do nas: „nie wstawajcie, ja otworzę”. Chwilę czekałyśmy, nic się nie działo. Dygotałam ze strachu, słysząc niemiecką mowę. Później rozległy się strzały. Fot. Archiwum Rodzinne / Krzysztof Łokaj
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Jan Pacześniak ze Staroniwy powtarzał, że żywcem Niemcom wziąć się nie da. Kiedy przyszli po niego, pobiegł na strych, wyskoczył z okna, obiegł dom i chciał ukryć się w rosnącym nieopodal zbożu.

Nie zdążył. Zginął, gdy przeskoczył ogrodzenie własnej posesji. Miał 35 lat. W tym samym dniu zginął jego młodszy brat Józef.

W nocy z 31 maja na 1 czerwca 1943 roku (według niektórych źródeł z 1 na 2 czerwca) została uszkodzona podstacja transformatorowa położona w rejonie dzisiejszej ul. Bohaterów. W odwecie Niemcy urządzili pacyfikację i rozstrzelali 44 mieszkańców Staroniwy (wówczas podrzeszowskiej wsi, dziś dzielnicy miasta). Tamte tragiczne wydarzenia są wciąż żywe w pamięci Stanisławy Piotrowskiej i Zofii Lorenc - córek jednego z zamordowanych, Jana Pacześniaka. Pierwsza miała wówczas 14 lat, druga - 9.

Jasiu, nie uciekaj!

W nocy, kiedy ostrzelano transformator, Jan Pacześniak był w grupie dwunastu mężczyzn wytypowanych na wartę. Zszedł z warty wcześniej, o 5 rano, bo na godzinę 7 miał się stawić do pracy. Był zatrudniony w polskiej firmie budowlanej, która remontowała niemieckie koszary przy ul. Lwowskiej.

Wkrótce potem rozległo się walenie do drzwi domu Pacześniaków (istnieje do dziś przy obecnej ul. Potokowej) i krzyki Niemców: "Otwierać!". - Ojciec powiedział do nas: "nie wstawajcie, ja otworzę" - wspomina Stanisława Piotrowska. - Chwilę czekałyśmy, nic się nie działo. Dygotałam ze strachu, słysząc niemiecką mowę. Później rozległy się strzały.

Okazało się, że Jan Pacześniak pobiegł na strych, wyskoczył z okna, obiegł dom i pobiegł w kierunku rosnącego koło domu zboża. Zauważył to zastępca sołtysa, nazwiskiem Dereń, który przyszedł razem z Niemcami i stał na podwórku Pacześniaków. Zawołał: "Jasiu, nie uciekaj!".

Skutek był fatalny. Niemców było dwóch, z psem. Jeden z nich, pochodzący ze Śląska, rozumiał polską mowę. Gdy usłyszał okrzyk Derenia, pobiegł i strzelił dwukrotnie do Jana Pacześniaka, który akurat przeskoczył ogrodzenie i uciekał w kierunku pól zasianych żytem. Został trafiony strzałami z karabinu, ale zdążył jeszcze zawołać przed śmiercią: "Gdzie moja żona? Gdzie moje dzieci?".

Stanisława Piotrowska: - Tuż obok, w drewnianym domu, mieszkała moja babcia, teściowa taty. Miała dość duże okno w komórce. I widziała z tego okna, jak Niemiec dobił ojca z pistoletu i jeszcze kopnął.

- Po wojnie Dereniowi wytoczono proces za to, że swoim okrzykiem jakoby przyczynił się do śmierci ojca - opowiada Zofia Lorenc. - Nie wiemy, kto go podał do sądu. Nasza mama, kiedy ją wezwali na świadka, powiedział w sądzie, że nie żąda żadnej kary dla Derenia, bo działał w dobrej wierze. Pewnie myślał, że jak ojciec nie będzie uciekał, to Niemcy darują mu życie. Dereń był mamie za to bardzo wdzięczny.

Gdzie jest wasz ojciec?

Zofia Lorenc: - To była wielka tragedia dla naszej rodziny. Jedna moja babcia straciła w tym dniu dwóch synów, Jana i Józefa, którzy byli wyznaczeni na wartę (Józef został rozstrzelany pod stacją transformatorową - przyp. aut.). Druga babcia, ze strony mamy, Anna Rzadki, straciła dwóch zięciów: Jana Pacześniaka i Stanisława Miąsika.

Jako pierwsi zostali rozstrzelani mężczyźni pełniący tej nocy wartę. Zofia Lorenc: - Wartowników było dwunastu. Ponieważ nasz tato, który musiał iść do pracy i zszedł wcześniej z warty, zginął koło domu, Niemcy dokooptowali do pozostałej jedenastki jeszcze jednego mężczyznę, by mieć dwunastu zakładników.

- Moja ciotka Zofia Miąsik, której mąż był wartownikiem, wzięła mnie na cmentarz na Staroniwie, który jest położony na górce, by zobaczyć, co się dzieje pod transformatorem - opowiada Stanisława Piotrowska. - Było to już po egzekucji. Niewiele widziałyśmy, bo poruszałyśmy się na czworakach. Tak się bałyśmy. Dopiero po południu dotarło do nas, że nie tylko nasz tato zginął, ale że doszło do masakry ludności ze Staroniwy.

Kilka dni później do Pacześniaków przyszło dwóch niemieckich żołnierzy. - Akurat jadłyśmy śniadanie - wspomina Stanisława Piotrowska. - Naśmiewali się, że jest takie byle jakie, pytali, gdzie ojciec. Brat odpowiedział, że go zamordowali Niemcy. A jeden z nich na to: ha, ha, ha, to byś bił Niemców? Serce we mnie zamarło, powoli wyszłam z pokoju, nie wiem, o co jeszcze pytał. Do dziś pamiętam, jak wyglądał, jak zęby wyszczerzał.

Być może byli to ci sami, którzy zamordowali Jana Pacześniaka, ale - jak mówią jego córki - są to jedynie domysły.

Jan Pacześniak został pochowany na cmentarzu na Staroniwie w osobnej mogile. Zofia Lorenc: - Mama musiała uzyskać zgodę starosty na pochówek. Kilka dni o to zabiegała.

Mam papiery, Niemcy nic mi nie zrobią

W aktach po Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Rzeszowie znajduje się zeznanie Henryka Kamińskiego, złożone w 1970 r., w którym podaje on nie Jana Pacześniaka, lecz Stanisława Pasierba jako zastrzelonego na swoim podwórku. Oprócz tego na liście rozstrzelanych (przygotowanej przez społeczny komitet budowy pomnika), sporządzonej w 1988 roku na maszynie do pisania, przy nazwisku Pasierb jest odręczny dopisek "(zginął) na swoim podwórzu".

Zdaniem moich rozmówczyń, jest to nieprawda. Według nich, 17-letni Stanisław Pasierb został, podobnie jak jego ojciec Ludwik, rozstrzelany pod transformatorem. Według ich opowiadań, gdy Niemcy zastrzelili ich ojca, pod domem zrobiło się zbiegowisko. Znalazł się tam również młody Pasierb. Stanisława Piotrowska: - Ludzie mówili mu, żeby nie szedł na dół, do miasta, bo jego też rozstrzelają. Młody Pasierb powiedział, że ma dokumenty potwierdzające, że pracuje i Niemcy nic mu nie zrobią. Poszedł w kierunku miasta. Niemcy złapali go w drodze i rozstrzelali razem z innymi.

Dwóch mężczyzn przeznaczonych do rozstrzelania zdecydowało się na ucieczkę. Jednemu, o nazwisku Rusin, to się udało. Drugi, Stanisław Stadnik, 30-letni mężczyzna, który pochodził z Warszawy i przyjechał tu w odwiedziny do brata, został postrzelony podczas próby ucieczki. Podczołgał się do pobliskiego żyta i tam leżał. Stanisława Piotrowska: - Gdy wszystko ucichło, ludzie chcieli go zawieźć do lekarza, ale zmarł. Ludzie mówili, że po postrzeleniu żył jeszcze ok. godziny.

Zginęli razem, niech razem leżą

Dopiero po trzech dniach Niemcy wyrazili zgodę na pochowanie pomordowanych na cmentarzu na Staroniwie we wspólnej mogile. Stanisława Piotrowska: - Niemcom przeszkadzało, że ciała zaczynają się rozkładać. Sołtys dostał nakaz przetransportowania zwłok na cmentarz.
Wśród tych, którzy przewozili ciała, był m.in. Edward Woźny. Wśród rozstrzelanych rozpoznał swojego ojca.

Jan Pacześniak i Stanisław Stadnik zostali pochowani obok siebie, w osobnych mogiłach. Zofia Lorenc: - Po 10 latach zostali przeniesieni do wspólnej mogiły wszystkich rozstrzelanych. Zginęli z tamtymi, niech z tamtymi leżą.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie