Pochodzący z Przeworska Marek Wikiera przebiegł 225 km przez Saharę

Norbert Ziętal
225 km po piaskach pustyni Sahary. Pochodzący z Przeworska Marek Wikiera pokonał jeden z najtrudniejszych na świecie maratonów.
225 km po piaskach pustyni Sahary. Pochodzący z Przeworska Marek Wikiera pokonał jeden z najtrudniejszych na świecie maratonów. Archiwum Marka Wikiery
Temperatura w dzień sięgała powyżej 50 stopni, w nocy spadała do pięciu. Pięć etapów, każdy po kilkadziesiąt km. A wkoło tylko piach i ostre kamienie. Stopy bolały tak bardzo, że aby nie dotykać nimi do podłoża, w nocy, podczas snu, zawodnicy trzymali nogi na butelkach.

Sześć dni. Po kilkadziesiąt km dziennie na pustyni, z ciężkim plecakiem i ograniczonymi ilościami wody. Jakaś kara? Nie! Chętnych do uczestnictwa w Maratonie Piasków, przez największą na świecie pustynię Saharę, jest tak dużo, że zapisy przyjmowane są z rocznym wyprzedzeniem. W tegorocznej edycji wzięło udział 1160 zawodników z 47 krajów. W wieku 17 do 70 lat. Wśród nich tylko dwóch Polaków.

Marek Wikiera. 45 lat. Prezes zarządu agencji ochrony Laam, funkcjonującej w ramach grupy kapitałowej Konsalnet. Mieszka i pracuje w Gdańsku, ale urodził się i wychował w Przeworsku. Tutaj skończył podstawówkę i szkołę średnią. Nadal regularnie przyjeżdża, w tym mieście mieszkają jego rodzice.

Solidny trening, bo na pustyni nie ma żartów

W żartach wyjaśnia, że wziął udział w saharyjskim maratonie "bo było można".

- A tak na poważnie, lubię wyzwania, pokonywanie trudności. Ten maraton był takim wyzwaniem, dużym wyzwaniem. Wymagał odpowiedniego przygotowania treningowego, logistycznego i psychicznego - opowiada pan Marek.

Nie jest nowicjuszem. Na swoim koncie ma udział w ekstremalnych Maratonie Twardziela Extremum, Kaszubskim Kaperze i Biegu Morskim Komandosa. Ponadto Biegu Katorżnika i ulicznym Maratonie Solidarności. Pomimo tego swoje doświadczenie biegowe sam ocenia jako "niezbyt duże".

- Do Maratonu Piasków musiałem się solidnie przygotować. Tam nie ma żartów - opowiada.

Przede wszystkim trening. Trzy, cztery razy w tygodniu przygotowanie biegowe, w tym jedno kilkugodzinne. Raz w tygodniu pływanie. Raz lub dwa razy zajęcia na tzw. wioślarzu, dla wzmocnienia górnych partii mięśniowych.

- W czasie treningów testowałem jedzenie, ubranie i sprzęt, który planowałem zabrać ze sobą - opowiada.

Nie obyło się bez przykrych niespodzianek. We wrześniu ub. roku złamał palec prawej stopy. Na półtora miesiąca musiał przerwać treningi. W lutym dopadła go angina, trzymała trzy tygodnie.

Jednak zdołał wystartować.

Zawodnicy pod specjalnym nadzorem lekarzy

Rokrocznie trasa Maratonu Piasków wiedzie przez inne regiony pustyni. W tym roku maratończycy gościli w południowym Maroku.

- Najpierw z Paryża samolotem do Ouarzazete. Potem 5,5 godziny autokarem. A na koniec samochodami wojskowymi do pierwszego biwaku.

Sultan Marathon des Sables to duża impreza. Zawodnikami przez cały czas opiekuje się 50 lekarzy. Do tego 400 osób obsługi. Do dyspozycji mieli samolot, helikoptery, kilkadziesiąt samochodów terenowych, kilka ciężarowych samochodów terenowych i kilkadziesiąt zwykłych ciężarówek.

Zdrowie i bezpieczeństwo zawodników przede wszystkim.

- Lekarze byli obecnie w punktach kontrolnych podczas każdego etapu. Byli w samochodach niedaleko zawodników, na biwakach. W czasie biegu wielokrotnie kontrolowali kondycję i samopoczucie zawodników. Nie wierzyli na słowo i nasze zapewnienia, że wszystko jest OK - wspomina pan Marek.

Trasa podzielona była na pięć etapów. Najkrótszy 30,7 km. Najdłuższy 75,7 km obejmował aż dwa dni. Pan Marek pokonał go w ciągu 15 godzin, częściowo w nocy.

- Trudności jest wiele. Spore dystansy. Każdy zawodnik dźwiga w plecaku całe swoje wyposażenie, łącznie z jedzeniem i wodą. Mój plecak ważył 15 kg. Praktycznie od dziesiątego kilometra jego paski wrzynały się w ramiona i tak było do końca - opowiada.

Nogi na butelkach

Na pustyni trudno o wodę, dlatego ta była oszczędnie racjonowana. Dla zawodnika 9 do 13 litrów dziennie. Taka ilość musiała wystarczyć od ugaszenia pragnienia, ugotowania jedzenia i jeżeli coś zostanie to do umycia się.

- Teren również nie był sprzyjający. Trasa wiodła przez wydmy piaskowe, osiągające niekiedy kilkanaście metrów, góry, dna wyschniętych jezior i twardy teren najeżony ostrymi kamieniami. W dzień temperatura ponad 50 stopni, w nocy spadała poniżej pięciu, choć organizator przestrzegał, że może spaść co najwyżej do 14 - wspomina pan Marek.

Do tego dochodziły kontuzje. Każdy był przygotowany, że jakieś na pewno złapie. Pytanie brzmiało tylko: jakie?

- Mnie dopadły pęcherze, odbicie obu pięt, ból prawego kolana, lewego biodra i obtarcia. Następnego dnia, po długim etapie, spałem trzymając stopy na butelkach. Tak, aby były uniesione i nie dotykały ziemi.

Do tego morderczy plan dnia.

Pobudka o godz. 5 rano. Najpierw przetarcie twarzy z piasku, umycie zębów. Jak komuś zostało wody to mógł opłukać twarz. Szybkie śniadanie. O godz. 6.30 rozdanie wody, 1,5 - litrowa butelka dla każdego zawodnika. Za piętnaście ósma rozpoczyna się odprawa.

- Ok. godz. 8.30, przy dźwiękach przeboju AC/DC Highway to hell (Droga do piekła) wyruszaliśmy.

Rodzina toleruje "ciągły trening"

Po drodze kilka punktów kontrolnych. Na nich uzupełnianie zapasów wody i obowiązkowa kontrola medyczna

- Wreszcie koniec. W nagrodę 4,5 litra wody. Na biwaku nie czekał na nas prysznic i klimatyzowany pokój. Jedynie miejsce na dywanie w berberyjskim namiocie - opowiada pan Marek.

Każdy zawodnik musiał mieć swój plecak, śpiwór, latarkę z zapasowymi bateriami, dziesięć agrafek, kompas, zapalniczkę, gwizdek, nóż, środek dezynfekujący, pompkę do odsysania jadu, folię NRC (koc ratunkowy), flarę do sygnalizacji w razie wypadku, tabletki solne.

- W tym maratonie chodzi o ukończenie go. Mnie się udało - pan Marek już planuje start w przyszłorocznej edycji. W innym miejscu saharyjskiej pustyni.

- Chciałbym podziękować mojej żonie i dzieciom za cierpliwość i wyrozumiałość za to, że tolerują to, że jestem na "ciągłym" treningu. W czasie biegu czułem, że mam ich wsparcie - twierdzi wielbiciel ekstremalnych sportów z Przeworska.

Pan Marek podczas biegu na Saharze realizował też swój inny cel. Zbierał fundusze dla Fundacji Dr Clown. Pomaga ona dzieciom przetrwać leczenie szpitalne. Jej działacze, przebrani w clowny, z obowiązkowymi czerwonymi noskami, organizują w szpitalach wesołe przedstawienia.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie