Artur Barciś: "Ranczo" to mój drugi dom

kmularz
Fot. Marcin Kalita
Z aktorem Arturem Barcisiem rozmawia Marcin Kalita.

- Lubi pan zwierzęta?

- Bardzo. Mam ich zresztą całe mnóstwo. Przede wszystkim dwa jamniki. Do niedawna miałem jeszcze kota, ale poszedł sobie do nieba. A w ogrodzie wiele ptaków, pszczół, żuczków i motyli…

- Pytam o pupili, bo przez jakiś czas w każdy piątek gościł pan na małym ekranie w towarzystwie psa Pankracego. Jak układała się ta współpraca?

- Wspaniale. Przez wiele lat panem Pankracego był nieodżałowany Zygmunt Kęstowicz, którego miejsce zajął później Tadek Chudecki. Z tym ostatnim pracowaliśmy w jednym teatrze. I kiedy Tadek wyjeżdżał na pół roku do Włoch, poprosił żebym zajął się jego psem. Ta przygoda przeciągnęła się do dwóch lat.

- Czyli już pan wie, jak rozmawiać trzeba z psem?

- Oczywiście! Nigdy się nie pokłóciliśmy ani nie pogryźliśmy (śmiech).

- Pankracy śpiewał piosenkę o czterech łapach, a ja pozwolę sobie teraz zapytać o poruszanie na dwóch nogach i to na parkiecie. Uważa się pan za dobrego tancerza?

- Nie za bardzo.

- Dlaczego zdecydował się pan więc na udział w "Tańcu z gwiazdami", który zakończył się dla pana zresztą dość pechowo, bo kontuzją.

- Właśnie po to, żeby się przekonać o tym, że tancerzem jestem przeciętnym. Traktowałem ten program jako czystą zabawę.

- Taniec kojarzy się z parami. Już od 15 lat tworzy pan taki nazwijmy to "nieformalny związek zawodowy" z Cezarym Zakiem. Zaczęło się od "Miodowych lat", teraz jest serial "Ranczo". Pokusiliście się panowie nawet na sceniczny duet w "Dziwnej parze".

- Tego nie było aż tak dużo. W końcu tylko dwa seriale.

- Zgadza się, ale ciągnące się latami…

- To prawda, ale powiedziałbym, że częściej spotykamy się jednak w teatrze. Razem gramy we wspomnianej "Dziwnej parze", "Grubych rybach", a ostatnio w "Zemście". I uprzedzę od razu pana pytanie. Tak, Czarek gra Cześnika, ja Papkina (uśmiech).

- To też swego rodzaju para.

- Nie traktujemy tego w ten sposób. Po prostu bardzo dobrze mam się ze sobą pracuje. "Miodowe lata" były dla nas porządną szkołą. Również aktorstwa. Na przygotowanie odcinka mieliśmy zaledwie jeden dzień. W tym nauka tekstu, rejestracja telewizyjna i to z udziałem publiczności. Wymagało to od nas niesamowitego wysiłku, skupienia i samodyscypliny.

- W Wilkowyjach pewnie też już panowie zadomowiliście się na dobre!

- Aż za bardzo. Żal będzie się rozstawać. W czerwcu zaczynamy zdjęcia do ostatniej niestety serii "Rancza".

- Prywatnie też się panowie przyjaźnicie, spotykacie?

- Bardzo rzadko. Zbyt często łączą nas sprawy zawodowe. Jeszcze tego by brakowało, żebym poza planem czy teatrem przesiadywał u Czarka w domu. Podejrzewam zresztą, że on sam by sobie tego nie życzył. Na szczęście mieszkamy na dwóch przeciwległych krańcach Warszawy i dzieli nas blisko trzydzieści kilometrów.

- Od pewnego czasu pojawia się pan w kolejnym kultowym serialu "M jak Miłość", w którym - obok Witolda Pyrkosza - kreuje postać drugiego ulubionego dziadka w Grabinie.

- Przyjąłem tę propozycję dla własnej higieny aktorskiej. Jest to bowiem od wielu lat moja pierwsza postać dramatyczna, nie komediowa. Póki co czuję się tam dobrze, tym bardziej, że mam za partnerkę Dominikę Kluźniak, która jest świetną aktorką. Zobaczymy, co będzie dalej. Mój los w rękach scenarzystów.

- Sporo mówiliśmy o parze zawodowej, teraz pozwolę się zapytać o tę prywatną. Żonę poznał pan w pracy?

- Tak. Beata była początkującą montażystką serialu "Pan na Żuławach", w którym zagrałem. Bardzo szybko się zakochałem, jeszcze szybciej oświadczyłem i zostałem przyjęty.

- We wszystkim jest pan taki szybki?

- Nie (śmiech). Tutaj wiedziałem na sto procent, że to jest ta kobieta.

- Macie państwo syna Franciszka, który jako dziecko pojawił się na ekranie m.in. w "Pajęczarkach", "Nic śmiecznego" czy "Miodowych latach" właśnie. Myślałem, że pójdzie w ślady taty, a jednak nie…

- Wybrał ślady mamy. Franek jest bardzo mądrym człowiekiem. Miał czas przyjrzeć się środowisku ojca i znając własne możliwości, uznał, że świetnym aktorem nigdy nie będzie. A że zawsze interesował go świat filmu, poszedł w montaż.

- I został filmowym "krawcem"!

- To raczej stan przejściowy. Jego punktem docelowym jest reżyseria. Bardzo mu kibicuję!

- Czyli za 10 lat spotykamy się na premierze filmu w reżyserii Franciszka Barcisia z udziałem Artura Barcisia i montażem Beaty Barciś.

- Bardzo bym sobie tego życzył. Choć wtedy pewnie sam już sobie ten obraz będzie mógł zmontować.

- Nie wierzę, że będzie odbierał chleb mamie.

- (śmiech)!

- W marcu minęło 35 lat od pana debiutu scenicznego. Lubi pan jubileusze?

- Tak. Nieeee (śmiech)! Bardzo możliwe, że tyle czasu minęło od mojego debiutu w łódzkim teatrze "17:15". A jubileuszy nie znoszę. Uważam, że są to przereklamowane i nadmuchane uroczystości. Z pewnością nie będę go świętował.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie