Diabelski spadek po prababce. Oto spowiedź opętanej

Andrzej Plęs
Długo nie miała pojęcia, dlaczego takie dziwne przypadki dotykają członków jej rodziny. Dopóki nie dowiedziała się, że...
Długo nie miała pojęcia, dlaczego takie dziwne przypadki dotykają członków jej rodziny. Dopóki nie dowiedziała się, że... Dariusz Danek
W jej obecności spadały półki, tańczyły żarówki, działy się rzeczy niepojęte. A ona właziła "w zaświaty" coraz głębiej. Aż... przyszło do niej ZŁE. Oto spowiedź opętanej.

Po raz pierwszy doświadczyła tego w czwartej klasie podstawówki, kiedy wściekła ślęczała w domu nad zadaniem z języka polskiego, a jej koleżanki grały w gumę na dworze.

Spoglądała raz w zeszyt (z nienawiścią), raz w okno (tęsknie) i wtedy ciężka donica z kwiatem zaczęła zsuwać się z parapetu. Powoli, po trochu, ze zgrzytem, aż runęła na ziemię. Z przerażeniem Marzena wybiegła do rodziców przed dom.

I ze skargą, że duch zrzucił kwiatek z parapetu. Dostała ochrzan, że nie chce jej się odrabiać lekcji, a pretekstu u duchów szuka.

Było kilka lat spokoju, ale potem coraz gorzej.

- Książki o czarnej magii, ezoteryce okultyzmie zaczęłam czytać,, kiedy miałam siedemnaście lat - opowiada Marzena. - A jednoczenie uczestniczyłam w ruchu oazowym, byłam związana ze scholą w kościele. Przeczytałam "Moje przeżycia z duszami czyśćcowymi" Marii Simma, o kobiecie widzącej dychy zmarłych i próbującej im pomóc. Też chciałam tak pomagać.

Właziła "w zaświaty" coraz głębiej, aż one przyszły do niej. I to nie archanioły, a ZŁE przyszło, kiedy pewnej nocy usłyszała świst, jak dźwięk silnika odrzutowego, potem cisza, a koło jej łóżka pojawiały się czarne lakierki, nad nimi - czarne nogawki spodni…

Wyżej nie miała odwagi spojrzeć, sparaliżował ją strach. Jedno "Ojcze nasz" sprawiło, że nastąpił kolejny świst i mara znikła.

Nie zliczy drobnych incydentów, kiedy w jej obecności i bez wyraźnego powodu półki spadały ze ścian, albo przedmioty z półek.

Coraz częściej popadała w stany nagłego osłabienia, utraty przytomności, drżenia rąk i nóg, szczękościsku. I zawsze w nocy, nigdy za dnia.

- Pierwszym odruchem były wszelakie badania - tłumaczy swoją reakcję. - Od neurologicznych, po psychiatryczne. Wszędzie mi mówiono, że jestem zdrowa jak wieloryb. Nie wierzyłam, powtarzałam badania i wciąż nic.

Znikło samoistnie tak szybko, jak się pojawiło. Minęło kilka lat. Wyszła za mąż, urodziła córkę...

I znów wróciło.

- Mąż po każdym takim ataku woził mnie do szpitala, już mu nawet było wstyd - opowiada. - Żaden lekarz żadnej specjalności nie był w stanie określić, co się dzieje.

Sprzątanie szkoły

Muzyk z wykształcenia, znalazła pracę w jednej z leżajskich szkół. Od początku źle się tam czuła. Fajni ludzie, bardzo fajne dzieci, niby nie było powodu, ale kiedy przekraczała drzwi budynku, pojawiało się w niej napięcie.

A kiedy szkołę opuszczała, czuła się wręcz fizycznie chora. Kolejne badania i znów nic. Próbowała nawet medycyny chińskiej, z czego zwierzyła się spotkanemu w kościele w rzeszowskiej parafii w Białej księdzu Jackowi Goleniowi, wówczas egzorcyście diecezjalnemu.

Ten zasugerował jej, że jeśli wszelkie badania medyczne wykluczają u niej chory neurologiczne i psychiatryczne, to jej zawirowania zdrowotne mogą powodować siły inne niż ziemskie.

Nabrała do tego pewności, kiedy dziwne zjawiska w jej domu zaczęły się nasilać.

- "Samospadające" półki, "samozamykające się" i otwierające drzwi były do zniesienia, ale kiedy po śmierci naszego proboszcza żarówki w domu zaczęły tańczyć, zapalać się i gasnąć raz po raz, to nawet moja mama struchlała - opowiada Marzena. - O tym, co się w leżajskiej szkole dzieje, nawet jej nie opowiadałam.

A tam pracowników lub członków ich rodzin dopadła epidemia nieszczęść. Choroby, przedziwne zjawiska, niespodziewane śmierci. Mąż jednej z pracownic rozbił się samochodem o jedyne w okolicy drzewo przydrożne.

Popytała tu i tam, dowiedziała się, że budynek ma makabryczną historię, a w czasie okupacji wykonywano w nim egzekucje. O tym, że coś złego nad nim ciąży, przekonała ją dopiero jedna z uczennic.

- Powiedziała mi, że nie chce ćwiczyć w sali numer osiem - mówi Marzena. - Że boi się tam wchodzić, a na pewno nie zostanie tam sama. Bo pewnego dnia została tam sama i postać jakiejś kobiety stała obok niej. Bardziej ją czuła, niż widziała, ale nigdy więcej sama tam nie zostanie.

Marzena do spółki z koleżanką namówiły dyrektora do wyegzorcyzmowania szkoły. Obrzęd dokonał się w czerwcową sobotę, żeby sensacji wśród dzieci nie wzbudzać.

Sprzątanie domu

Zanim Marzena poprosiła ks. Jacka o podobne egzorcyzmy u niej w domu, stało się coś, co utwierdziło ją w przekonaniu, że to konieczność.

- Córka chciała zrobić zdjęcie swojego dwuletniego wówczas brata, ten uciekł jej sprzed obiektywu w ostatniej chwili, ale migawka pstryknęła - relacjonuje Marzena. - Po chwili przyszła do mnie przerażona córka, wskazała na wyświetlacz aparatu i zapytała - kto to? Na zdjęciu, na pustym fotelu, siedziała postać z ciemnymi włosami, dłonią podpierała twarz. Córka przerażona, moja mama, która zerknęła w aparat, też była rozdygotana, mnie ze strachu zrobiło się zimno. Żeby nie straszyć dzieci, zbagatelizowałam sprawę i kazałam wykasować zdjęcie.

Na jej prośbę dom odwiedził ks. Jacek. Po egzorcyzmach ustały stuki, półki przestały spadać i drzwi już same się nie otwierały.

Demon rodzinny

Nie wierzyła, żeby to jej młodzieńcze, amatorskie zainteresowanie zaświatami sprowadziło na nią ZŁE. Nie ona jedna w dzieciństwie bawiła się w wywoływanie duchów, czytała o opętaniach i nawiedzeniach. Przypadek sprawił, że tajemnicę wyjaśniła. Swoją i rodzinną.

- To było podczas pobytu na wakacjach u kuzynki w górach, z którą nie widziałam się latami - wspomina Marzena. - Jej syn właśnie wrócił z zakonu pod Lublinem, w którym spędził trzy miesiące, a chciał spędzić życie. Poproszono go, żeby zrezygnował, bo - jak mu powiedziano - jest chory.

Krzysiek miewał ataki padaczkowe, choć żaden z lekarzy padaczki u niego nie stwierdził. Jego starsza siostra nagrała kamerą jeden z takich ataków.

- Kilka osób nie mogło go utrzymać, ryczał chrapliwie w jakimś dziwnym języku, zupełnie nie swoim głosem - opisuje Marzena. - Jego matka potwierdziła, że byli u trzech egzorcystów, żaden nie dostrzegł zagrożenia. Tydzień był na obserwacji psychiatrycznej, która niczego nie wykazała. Tomograf i rezonans magnetyczny też nie, a neurolog zbadał go dokładnie. Pomyślałam, że przecież miałam bardzo podobne objawy. Ubłagałam o pomoc księdza prałata Mariana Rajchela z Jarosławia. Potrzebny był naprawdę charyzmatyczny egzorcysta.

Zgodnie z zaleceniem duchownego, pojechali do Jarosławia w cztery osoby. "Do modlitwy i do trzymania" - jak zaznaczył ksiądz. Na miejscu Krzysiek nie był w stanie przeżegnać się do wstępnej modlitwy.

Przy kolejnej, siedząc w fotelu, milczał i tylko w dziwny sposób dłonie obrócił na zewnątrz. Po kilku minutach zaczął drżeć, ciało wygiął tak, że obecni przy obrzędzie jego ojciec, Marzena i jej mąż rzucili się na chłopaka, żeby go przytrzymać.

- Zaczął mówić straszne rzeczy, wycharczał do mojego męża: wujku, zaraz ci powiem twoje grzechy - opowiada Marzena. - Zaczął ryczeć do swojego ojca: "ciebie opanowała mamona, już na ciebie czekamy", po czym zaczął mu wyliczać jego grzechy. Poryczałam się ze strachu. Z godzinę to wszystko trwało.

Na jednej wizycie u ks. Rajchela się nie skończyło. Marzena mówi półżartem, że to wyjątkowo oporne diablisko musiało być.

- Ten młody człowiek był u mnie dwukrotnie, trzeciej wizyty nie było, więc tak sobie myślę, że nie była potrzebna - potwierdza ks. Rajchel.

Marzena wciąż nie miała pojęcia, dlaczego podobne przypadki dotykają członków jej rodziny. Bo nie tylko ona i Krzysiek tego doświadczyli. Nie miała pojęcia, dopóki nie sięgnęła do historii rodziny.

- Kilkoro moich krewnych potwierdziło, choć niechętnie, czym zajmowały się dwie moje prababki ze strony mamy - tłumaczy Marzena. - Takie środowiskowe guślarki. Zamawiały, rzucały i odczyniały uroki, zajmowały się przepowiadaniem, wróżeniem. Babka i jej siostra ze strony ojca zajmowały się przeklinaniem "ze zdjęcia". Co robiła babcia, to jeszcze pamiętam z dzieciństwa, ale wtedy wydawało mi się to nieszkodliwą zabawą prostego człowieka, który wierzy w gusła.

Ksiądz Rajchel mówi, że zasadniczo "grzechy ojców" są dla współczesnego pokolenia tylko potencjalnym zagrożeniem, choć bywają wyjątki.

- Bezpośrednim zagrożeniem obciążenia przodków stają się wtedy, kiedy człowiek sam otworzy się na to zło. Ale najpierw potrzeba własnej winy - tłumaczy ks. Rajchel i przyznaje, że młodzieńcze zainteresowania Marzeny ezoteryką mogły być dla niej takim momentem.

Jak uwolnić się od piekielnego dziedzictwa?

- Jeśli kto był krewny w linii prostej: ojciec, dziadek, pradziadek, to od jego "spuścizny" można uwolnić się, żyjąc w łasce uświęcającej, blisko Boga - podpowiada ks. Rajchel. - To powinno uchronić przed złem.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie