Kapitan Jaskuła: Przemyśl, to mój ostatni port

    Kapitan Jaskuła: Przemyśl, to mój ostatni port

    Mieczysław Nyczek

    Nowiny

    Nowiny

    - To jest mój najcenniejszy skarb -kapitan demonstruje model nieistniejącego już jachtu. Oryginał  zakończył tragicznie swój  żywot 12 grudnia 1988 r.

    - To jest mój najcenniejszy skarb -kapitan demonstruje model nieistniejącego już jachtu. Oryginał zakończył tragicznie swój żywot 12 grudnia 1988 r. u wybrzeży Kuby, w rejsie załogowym. Jaskuła nie brał w nim udziału. Do dziś bardzo boleje nad tą stratą. - "Dar Przemyśla” nie zginął na morzu, tylko w kolizji z lądem. Nie zatonął, osiadł rozbity. Zginął, ale nikogo nie zabrał ze sobą. ©FOT. DARIUSZ DELMANOWICZ

    - Gdynia była portem macierzystym "Daru Przemyśla"; Przemyśl jest moim domem, dozgonnym.
    - To jest mój najcenniejszy skarb -kapitan demonstruje model nieistniejącego już jachtu. Oryginał  zakończył tragicznie swój  żywot 12 grudnia 1988 r.

    - To jest mój najcenniejszy skarb -kapitan demonstruje model nieistniejącego już jachtu. Oryginał zakończył tragicznie swój żywot 12 grudnia 1988 r. u wybrzeży Kuby, w rejsie załogowym. Jaskuła nie brał w nim udziału. Do dziś bardzo boleje nad tą stratą. - "Dar Przemyśla” nie zginął na morzu, tylko w kolizji z lądem. Nie zatonął, osiadł rozbity. Zginął, ale nikogo nie zabrał ze sobą. ©FOT. DARIUSZ DELMANOWICZ

    Wrak jachtu został na kubańskiej plaży; ja zostanę tutaj, w tym mieście, z którym związałem się na całe życie...

    Końcówka przemowy kapitana poderwała ludzi z miejsc. Burza oklasków. Henryk Jaskuła, stary żeglarz z naręczem kwiatów, od paru minut Honorowy Obywatel Miasta Przemyśla, z trudem tłumi wzruszenie. Ostatni raz taką owację zgotowali mu przemyślanie 28 lat temu, w dniu jego powrotu z Gdyni po rejsie dookoła świata. Na ulice, którymi kapitan przejeżdżał odkrytym wojskowym gazikiem, wyległ kto żyw. Takie powitanie miał potem papież, też Honorowy Obywatel Miasta Przemyśla.

    Z papieżem dookoła świata

    Wojtyła i Jaskuła to ziomale. Z Radziszowa, rodzinnej wsi Kapitana, do Wadowic 30 km.

    - Był starszy ode mnie o 3 lata - mówi Jaskuła. - W 2002 w drodze do Kalwarii Zebrzydowskiej Jan Paweł II zatrzymał się obok kościoła w Radziszowie.

    Nie spotkali się nigdy.

    - Ale w czasie rejsu na "Darze", rozpoczętego w dwa dni po zakończeniu I pielgrzymki papieża do Polski, miałem w kabinie nawigacyjnej przypięty jego portrecik. Po 344 dniach żeglugi szczęśliwie "powróciliśmy" do Gdyni.

    Czemu tak późno?

    - Czy tak wysokie wyróżnienie jak honorowe obywatelstwo należy się żeglarzowi za to, że przeżył tyle radości i szczęścia w czasie rejsu solo non stop? -głośno zastanawia się Jaskuła. Bo według niego, to wcale nie był taki trudny rejs. - Nie miałem żadnych zmartwień, że ktoś mi wypadnie za burtę, że zachoruje, że nie wytrzyma, że się zbuntuje. Żadnego portu po drodze, żadnego niebezpieczeństwa, że jacht zostanie okradziony, czy ja napadnięty.

    - Ta pewnie, że jemu ten honorowy obywatel już dawno się należał - po przemysku zaciąga Roman Taworski, zwycięzca plebiscytu "Przemyślanin Roku 2007". - Tylko dlaczego władze tak późno przypomniały sobie o zasługach tego, co imię naszego miasta rozsławił na cały świat?

    - Nadrabiamy zaległości - odparowuje zarzut radny Jan Bartmiński. To on był pomysłodawcą uhonorowania Jaskuły na kilka miesięcy przed jego urodzinami.

    Inżynier elektryk, jeden z największych żeglarzy.12 czerwca 1979 wyruszył z Gdyni w swój wielki rejs. Opłynąwszy kulę ziemską z zachodu na wschód, bez zawijania do portów i przyjmowania pomocy z zewnątrz, 20 maja 1980 roku jacht "Dar Przemyśla" przycumował do tego samego nabrzeża.



    Dziewiąty krzyżyk

    - Będę miał osiemdziesiąt pięć w październiku - nie tai Jaskuła. - To moje dokumenty mają ten wiek. Ja na pewno nie! Nie czuję się wiekowym.

    Zdrowie dopisuje. Kiedy ostatnio był u lekarza? - Na pewno w tamtym stuleciu.
    On, czterogwiazdkowy oficer rezerwy - saper, twierdzi, że po 80-tce wkracza się na pole gęsto zaminowane. Co dziesiąty przedrze się dalej. A tam zginie 99,9 procent.

    Póki co, swoje honorowe obywatelstwo uczci wypitym duszkiem drinkiem na bazie spirytusu i soku z grejpfrutów. A na pytanie dziennikarki, o czym najczęściej rozmyślał w czasie rejsu, odpowie natychmiast:

    - O kobietach! Grzeszyłem w myślach na potęgę.

    Sam jak palec

    Żeglując od Bałtyku przez Morze Północne, Atlantyk, Ocean Indyjski i Pacyfik był na jachcie sam jak palec. - Ale nie samotny - zastrzega. - "Dar Przemyśla" stał się żywym i najbliższym przyjacielem. Często z nim rozmawiałem. Nie byliśmy sami. Nad nami powiewała bandera, ta najruchliwsza istota na jachcie, żywo zaangażowana w żeglugę. Kiedy przestały działać przyrządy elektroniczne, bezbłędnie wskazywała kąt, pod jakim idziemy do wiatru, a częstotliwością łopotu - jego siłę. Im dalej od kraju, tym piękniejsza, tym droższa, wzruszająca swym widokiem.

    Orzeł w strzępach

    Kwiecień 1994. Okęcie. Odprawa pasażerów odlatujących do Chicago.

    - A co to pan wywozi? - pyta celnik, wskazując na postrzępiony rąbek płótna.

    - To jest bandera rejsowa. Pod nią płynąłem od Hornu po Kanał La Manche.
    - Pan Jaskuła?... Przyjemnej podróży!

    Tę pamiątkową flagę 14 lat miał nad łóżkiem.

    - Przez wiatr i burze wystrzępiona aż po orła - wspomina kapitan. - Wtedy orzeł jeszcze był bez korony.

    Wybierając się do Chicago na zaproszenie Joseph Conrad Yacht Club, ściągnął ze ściany tę bezcenną pamiątkę. Podarował ją Muzeum Polskiemu przy 984 North Milwaukee Avenue. Od 1989 - członek honorowy klubu w Chicago; legitymacja nr 001. Data ważności: life time. Dożywotnio!

    A co z innymi rejsowymi banderami?

    - Tę numer jeden, z odcinka z Gdyni na południowy Atlantyk, dałem do muzeum na ORP "Błyskawica"; numer dwa jest w Muzeum Morskim w Gdańsku, a ta ostatnia, pod którą "Dar" przepłynął końcowy odcinek z Kanału La Manche - w muzeum w Przemyślu.

    Ci, którzy 20 maja 1980 witali go w Gdyni, pamiętają, jak na oczach tysięcy Jaskuła ucałował rąbek rejsowej bandery. Jak wyrzuciwszy w górę ramiona, głośno zawołał: - Polsko kochana, Twój syn powrócił!

    Medale i zaszczyty go nie rajcują

    - A co kilka dni potem się działo w Przemyślu, jak pan kapitan pokazał się na ulicach… - wspomina Roman Taworski. - Szał radości, wiwatujące tłumy na chodnikach na trasie jego przejazdu. Hala sportowa pękała w szwach! Dwa tysiące ludzi. Nie wszyscy się dostali. Ja - chwali się Taworski - miałem zaszczyt wykonywać scenografię tej gali powitalnej. Do dziś pamiętam ten wielki napis nad estradą: DZIĘKUJEMY CI, KAPITANIE!

    Minęła euforia. Z upływem lat zapominano o Jaskule. Nigdy o to nie miał do nikogo żalu.

    - Nie lubię rozgłosu, a medale i inne zaszczyty mnie nie rajcują - szczerze wyznaje, sącząc wino własnej roboty. - Wszystkie medale w zeszłym roku powędrowały do Radziszowa, mojej kolebki.

    Ale na wieść o nadaniu mu przez Radę Miejską tytułu Honorowego Obywatela Przemyśla, kapitan wyraźnie się ożywił. Sięgnął do szafy po galowy mundur.

    - Ostatni raz miałem go na sobie w hali sportowej wtedy, w 80 roku. O, mole nie zjadły gabardyny! Złote guziki wciąż błyszczą. Marynarka leży jak ulał - przegląda się w lustrze. - Stary! Zachowałem młodzieńczą sylwetkę!

    3 Maja 2008. Zamek Kazimierzowski. Zapomniany żeglarz znów w blasku reflektorów. Na co dzień lekko przygarbiony. Dziś pręży się jak młody sternik. Najważniejsi ludzie w mieście, w łańcuchach z insygniami władzy, na scenie biją mu pokłony i składają gratulacje. Kwiaty. Owacja na stojąco.

    Jak pies do budy

    Ma 10-letnie tico. Ale rzadko rusza się z domu. Przeważnie na zakupy. Od kilku miesięcy wdowiec. Sam na gospodarstwie. Jakoś sobie radzi.

    - Pralka automatyczna sama pierze. W zamrażarce dyżurna ryba. Gotowanie nie przysparza mi trudności. Zupami się nie bawię. Dziś naleśniki ze szpinakiem. Wczoraj to samo. Jak robię sznycle czy żeberka, to na pięć dni. Rejs nauczył mnie racjonalizacji; szkoda czasu na bawienie się garnkami. Stary, nie mam czasu na nic. Ja haruję jak niewolnik!

    5 godzin snu. 6-8 godzin poświęca na komputerowe przepisywanie swoich nagrań muzyki z taśm na DVD.

    - Czy starczy mi na to życia?... Beethoven, Mozart, Schubert, Mendelssohn, Czajkowski lecą tu na okrągło. Ta piękna muzyka to dla mnie oddychanie czystym powietrzem. Jak nie gra, to w moim pokoju zalega grobowa cisza.

    Po śmierci żony Zońki w Przemyślu już nie ma nikogo z najbliższych. Siostra Irena w Argentynie, córki: Lidia w Australii, Aleksandra w Holandii. Dzięki internetowi i Skype utrzymuje z nimi kontakt.

    - Z Lidką codziennie widujemy się i gadamy 15-20 minut. Ona je śniadanie, u mnie jest 22.30. A z Oleńką w soboty, po trzy kwadranse.

    Zastrzega, że nie ruszy się stąd za żadne skarby.

    - To tak, jakbyś stare drzewo przesadził do innego ogrodu. Zaraz uschnie. Jestem zżyty z tym pokojem jak pies z budą. To mój kąt. Mój cały świat. Tu jestem u siebie. Gdzie indziej czuję się jak na stacji kolejowej w oczekiwaniu na pociąg.

    Roman Taworski uważa, że kapitan to bohater.

    - Marzy mi się - popuszcza wodze fantazji - żeby kiedyś na Sanie pływał stateczek "HENRYK JASKUŁA".

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo