Nie róbcie ze mnie bohatera

Ewa Gorczyca
Robert Szczepanik zdobył przyznany po raz pierwszy Laur Honorowy Nowin 2006.
Robert Szczepanik zdobył przyznany po raz pierwszy Laur Honorowy Nowin 2006. Fot. Tomasz Jefimow
- Chcecie jeszcze o mnie pisać? Nie zasłużyłem na taką sławę. Jestem prosty człowiek - mówi Robert Szczepanik, zdobywca "Lauru Nowin".

Podczas wręczania "Lauru Nowin" zachowywał się niezwykle skromnie.

- Politycy, biznesmeni, działacze, ludzie władzy. Wydawało mi się, że nie pasuję do tego grona znanych osobistości. Oni wiedzieli co powiedzieć, jak dobrać słowa. Ja nie umiem przemawiać.

- Nie zrobiłem nic wielkiego - przekonuje Robert Szczepanik, mieszkaniec Dukli. - Zareagowałem, bo nie umiem przejść obojętnie obok chuligańskiego zachowania. Noc, słabo oświetlona ulica, postaci w kapturach, wrzask i walenie w witrynę sklepu komputerowego. Miałem udawać, że nic nie widzę? Wezwałem policję, bo uważałem, że tak trzeba. Sądziłem, że wystraszę tych chłopaków. Kto się mógł spodziewać, że chwycą drewniane sztachety, zaczną bić, a jeden z nich z całej siły wymierzy mi cios w oko.

Spawaczem już nie będę

Jak twierdzi, jego życie było całkiem przeciętne. Praca. Dom.

- Czułem się odpowiedzialny za byt mojej rodziny. Żona pracuje w sklepie, zarabia niewiele. Mieszkanie na czwartym piętrze w spółdzielczym bloku, wynajęte. Chciałem zarobić, żeby je wykupić .

Przed zdarzeniem pod sklepem miał plan: nagrany już wyjazd do Holandii. Zapisał się na kurs, żeby zrobić uprawnienia spawacza. - W zakładzie planowałem poprosić o półroczny urlop bezpłatny.

Codziennie rano jechał do pracy, potem, po południu - na zajęcia.

- Teraz mogę sobie ten papier w ramki oprawić i na ścianie powiesić. Kto da robotę spawaczowi bez oka? Dobrze że nie zdążyłem załatwić tego urlopu. Zostałbym na lodzie.

Robert Szczepanik

Robert Szczepanik

Rodzina: żona Agata, córka Gabrysia (chodzi do zerówki)

Mieszkanie: w bloku, wynajęte od spółdzielni mieszkaniowej

Samochód: 15-letnie cinquecento i 10-letnie mitsubishi carisma (używane, na kredyt)

Motto życiowe: samo nic w życiu nie przyjdzie, na wszystko trzeba sobie zapracować.

Autorytet: muzyczny - basista Wojciech Pilichowski

Hobby: gra na gitarze basowej

Licz tylko na siebie

Musi przygotować nowy plan na życie.

- Nie wiem, co będzie dalej - przyznaje. - Przez jakiś czas jest o tobie głośno, współczują ci, chcą pomagać. Ale życie biegnie dalej, przynosi inne historie, które przyciągają uwagę ludzi. Mam świadomość, że będę musiał radzić sobie sam. Zresztą zawsze powtarzałem: umiesz liczyć - licz na siebie.

Chciał być muzykiem, zawodowym żołnierzem, ostatecznie został inkasentem w rejonie energetycznym. W trzy tygodnie zaliczał dwa tysiące domów.

- Lubiłem tę pracę, choć nie raz swoje usłyszałem od ludzi wkurzonych na wysokie rachunki za prąd. Całą złość wyładowywali na mnie...

Teraz zastanawia się, czy po zwolnieniu chorobowym, będzie mógł wrócić na to samo stanowisko w firmie.

Godzinami na basówce

Ożywia się, gdy zaczynamy mówić o muzyce a konkretnie - grze na gitarze (basówka na stojaku, jedna z trzech, które ma, zajmuje ważne miejsce w pokoju). To pasja, której może oddawać się godzinami.

- Na telewizję szkoda mi czasu. Oglądam tylko wiadomości, czasem programy Kuby Wojewódzkiego i Szymona Majewskiego. Wolę zamknąć się z gitarą w najmniejszym pokoiku i ćwiczyć.

W samochodzie słucha m.in. Victora Wootena, Woobie Dobie, Adam Nitti, oczywiście Wojtka Pilichowskiego, czasem saksofonu Marcina Nowakowskiego.

- To mało popularna muzyka, trudno dostać te nagrania - narzeka.

W szóstej klasie rodzice zapisali go do szkoły muzycznej w Krośnie, na trąbkę (na trąbce grał dziadek) i fortepian. A jeszcze wcześniej brał lekcje u miejscowego organisty. W szkole nie wytrwał, bo codzienne dojazdy z Dukli do Krosna dawały mu mocno w kość. Został muzycznym samoukiem. Trąbkę i klawisze zamienił na gitarę, założył z kolegami zespół heavy-metalowy. Nazwali go Terror a potem Haemorrgage. Pamięta pierwszy, horrendalnie drogi jak na kieszeń nastolatka instrument, kupiony na spółkę z kolegą.

- Tato jest stolarzem. Pomagałem mu i uzbierałem trochę pieniędzy. Z zespołem jeździliśmy na młodzieżowe koncerty i przeglądy, wtedy było tego mnóstwo.
Zapewnia, że nie grali dla kasy, ale dla satysfakcji. Najważniejszy koncert - w Gorlicach, kiedy zagrali jako support grupy IRA.

Pewnej nocy w Dukli...

Pewnej nocy w Dukli...

Robert Szczepanik w nocy z 24 na 25 lutego tego roku wracał do domu z kuzynką i sąsiadem. Na ulicy Kościuszki, przy sklepie komputerowym, usłyszał krzyki i zobaczył młodzieńców, walących rękami w witrynę. Przypuszczając, że to może być próba włamania albo dewastacji sklepu, próbował ich odpędzić. Gdy to nie pomogło, wezwał policję. Jednak patrol z dukielskiego komisariatu tego dnia pełnił służbę w innej miejscowści i policjanci potrzebowali ponad 20 by dojechać na miejsce. Agresja chuliganów skierowała się przeciwko interweniującemu Robertowi. Został pobity drewnianymi sztachetami. Jedno u uderzeń trafiło w oko. Cios był tak silny, że lekarze musieli oko usunąć.

Na scenie z Pilichowskim

Zespół Roberta się rozpadł, gdy kumple skończyli szkołę.

- Kilka lat potem, gdy z gitary prowadzącej przerzuciłem się na bas, miałem jeszcze krótki epizod z Cyriam'em. Ale oni grali klimaty bliższe Closterkeller, a mnie już grała wtedy w duszy inna muzyka. Smoth jazz, funky.

Dziś muzycznym guru Roberta jest Wojciech Pilichowski, znakomity basista i muzyk sesyjny, który na koncie ma współpracę w wieloma gwiazdami. Poznali się na warsztatach muzycznych.

- Kiedy Wojtek przeczytał w internecie informację o tym, jak straciłem oko, zadzwonił z Warszawy. Zaproponował: zagrajmy razem koncert, przyjadę. To było wielkie przeżycie stanąć z nim na jednej scenie. Na początku pierwszego kawałka ręce tak mi się trzęsły, ze ledwie łapałem struny.

Kiedy wychodzę na ulicę

Koncert zorganizowali przyjaciele muzycy. Zebrali pieniądze. Robert mógł pojechać do Warszawy po nową, lepszą protezę.

Do sztucznego oka ciągle nie może się przyzwyczaić. - Kiedy wychodzę na ulicę wydaje mi się, że ludzie się na mnie gapią.

Przy protezie jest dużo zachodu. Codzienne zakładanie, wyjmowanie, przemywanie. Oczodół ropieje, rana ciągle jeszcze się nie wygoiła. Trzeba brać antybiotyki. Czasem gałka niespodziewanie wypada. Pierwsza była szklana, więc się stłukła. Ta, którą teraz nosi, jest ze specjalnego tworzywa.

- To już trzecia, ale za parę dni jadę na dopasowanie kolejnej, bo przestała się układać. Niestety NFZ dopłaca do protezy tylko raz na pięć lat.

Jak odzyskać marzenia

Kiedyś pracował od rana do wieczora. Teraz siedzi w domu. Przynajmniej żonie odpadło trochę obowiązków. Wczoraj przygotował spagetti z sosem. Za zupy się nie bierze - nikt nie gotuje tak świetnie jak jego Agata. Rodzice, bracia, znajomi - ciągle ktoś wpada porozmawiać, żeby nie czuł się samotny, nie roztrząsał tego, co się stało.

- Chciałbym odzyskać dawną energię, znowu mieć marzenia, ale na to trzeba chyba więcej czasu.

Boi się tylko, że jego przykład będzie smutną nauczką dla innych, że lepiej się nie wtrącać.

- Wtedy tacy jak ci, którzy mnie pobili, będą się czuć jeszcze bardziej bezkarni. A na to nie można pozwolić. Ja nie potrafię powiedzieć: "co mnie to obchodzi".

Tych chłopaków czasem widzi w Dukli na ulicy. Ktoś mu opowiadał, że przychodzili pod blok, pokazywali jego okno, śmiali się. W sądzie na pierwszej rozprawie - żadnej skruchy, słowa przepraszam.

- Zachowywali się, jakby nic złego nie zrobili.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie