Turysta płaci i idzie w krzaki

Krzysztof Potaczała
Punkt sprzedaży biletów na Przełęczy Wyżniańskiej. W zeszłym roku można było w nim kupić wodę, w tym - już nie.
Punkt sprzedaży biletów na Przełęczy Wyżniańskiej. W zeszłym roku można było w nim kupić wodę, w tym - już nie. KRZYSZTOF POTACZAŁA
Turysta płaci za parkowanie samochodu i wejście do Parku. Nie znajdzie normalnej ubikacji, a na szlaku - kosza na śmieci.

Ruch turystyczny w Bieszczadzkim Parku Narodowym wzrasta, lecz wciąż brakuje sanitariatów i parkingów. Szlaki pozbawione są koszy na śmieci, w punktach kasowych nie można kupić wody do picia. Ponoć winien jest dyrektor BPN, który mnoży zakazy. Ale jego polityka ma też zwolenników.

Środek tygodnia, parking na Przełęczy Wyżniańskiej. Za godzinę postoju osobowego auta - 1,5 zł. Kierowca busa musi zapłacić 2 zł, a autokaru 4 zł.

- Co to za parking, kawałek klepiska - denerwuje się właściciel peugeota z gdańską rejestracją, macha ręką i odjeżdża. Pracownica punktu kasowego zdziwiona pokrzykuje: - A u siebie w mieście też pan nie płaci?!

Inni zmotoryzowani w milczeniu parkują, kupują bilety wstępu na Małą i Wielką Rawkę (4 zł) i maszerują w góry. Wśród nich trójka młodych Niemców. Są zachwyceni Bieszczadami, w weekend byli na Tarnicy, a chcą zaliczyć pozostałe połoniny. Żar leje się z nieba, 35 stopni w cieniu, lecz Niemcom to nie przeszkadza. Przeszkadza im, że napotykają na dzikie wysypiska śmieci.

- To nie do pomyślenia, żeby tak niszczyć przyrodę - mówi turysta znad Renu.

Dr Tomasz Winnicki, dyrektor Bieszczadzkiego Parku Narodowego: - Na połoninach nie możemy ustawić pojemników na odpadki. Zapach resztek jedzenia będzie wabił dzikie zwierzęta. Nie możemy dopuścic do sytuacji z Zakopanego, gdzie niedźwiedzie żerują po śmietnikach i straszą turystów.

Nie ma koszy i kultury

Jego polski towarzysz twierdzi, że ludzie by pewnie tak nie śmiecili, gdyby na szlakach były ustawione kosze. Inny jest zdania, że to nie kwestia koszy, tylko kultury. - Przecież chyba można opakowania po kanapkach i puste butelki schować do reklamówki. Po zejściu z gór wyrzucić do kontenera.

Dlaczego idąc na połoniny nie widać pojemników na odpadki?

- Żeby zapach resztek jedzenia nie przyciągał zwierząt - wyjaśnia dr Tomasz Winnicki, dyrektor Bieszczadzkiego Parku Narodowego.

- I żebyśmy kiedyś nie mieli takich problemów jak w Tatrach, gdzie niedźwiedzie spacerują po ścieżkach niczym turyści - dopowiada parkowy strażnik.

W języku naukowym nazywa się to synantropizacją, czyli takim zachowaniem zwierząt, które ogranicza ich dzikość, a coraz bardziej przyzwyczaja do obecności ludzi, którzy je karmią.

- To żadne novum, o tym powinien wiedzieć każdy turysta - twierdzi dyr. Winnicki.

Uważaj, bo wejdziesz w g…o

Odwiedzających Bieszczady irytuje, że dotąd park nie postarał się o nowoczesne sanitariaty.

- Idzie człowiek, cieszy się widokami, a w trawie co rusz gówno - kręci głową Sławek spod Zamościa. - Nie dziwię się ludziskom, że załatwiają się w krzakach. Do sławojki też bym nie wszedł, zabiłby mnie smród.

Władze BdPN mają świadomość, że problem ubikacji jest wagi pierwszorzędnej. Czas drewnianych budek z dziurą w desce dawno powinien minąć, ale...

- Pieniądze, pieniądze, pieniądze - wyrzuca jednym tchem Tomasz Winnicki. - Gdybyśmy je mieli, dawno stałyby nowiutkie ubikacje i prysznice. Kiedyś będą, ale sam park takiemu wyzwaniu nie podoła.

Wizja przyszłości

A plany są, i to nie byle jakie. Na dowód dyrektor rozkłada w sali konferencyjnej plansze z rozrysowanymi inwestycjami. W Górnej Wetlince zostaną zburzone trzy budynki z azbestu. Na malowniczej polanie z widokiem na pasmo połonin mają powstać pola namiotowe, utwardzony tłuczniem parking (żadnego asfaltu! - podkreśla dyrektor), sanitariaty z natryskami, wiaty na ognisko, oczyszczalnia ścieków, domki kempingowe, restauracja. Będą odbywać się koncerty muzyczne, ale najwyżej dla 200 osób.

Bereżki. Oczyszczalnia już jest, lecz brakuje WC (nie licząc sławojki).

- Też będzie - obiecują w BdPN - a do tego prysznice i dwa pola namiotowe, osobno dla turystów plecakowych i osobno dla zmotoryzowanych.

Bukowiec. Teraz samochody parkują na łączce, ale park chce utwardzić teren, podciągnąć wodę do budynku sanitarnego i wybudować małe wiaty ochronne (przed deszczem, żeby w spokoju się posilić, rozpalić ognisko).

- Dużo większe zadanie czeka nas w Wołosatem - pochyla się nad planami Tomasz Winnicki. - To centrum parku, a wciąż straszy tam poigloopolowska architektura. Na tle Tarnicy wygląda koszmarnie, jednak sobie poradzimy. Nawet z najbrzydszego budynku zrobimy cacko.

Ustrzyki Górne. W planach nowoczesny parking z zapleczem sanitarnym w pobliżu Kremenarosa, wiata na ognisko nad potokiem Wołosaty oraz chodnik przy głównej drodze wzdłuż barów i sklepów.

Berehy Górne. Tu już coś się dzieje. Jest spory parking (drugi w przygotowaniu), zmieniono miejsce wejścia na szlak na Połoninę Wetlińską.

- To była konieczność - tłumaczą w BdPN. - Turyści wchodzili na ścieżkę wprost z drogi wojewódzkiej. To niebezpieczne.

[obrazek3] Takie sławojki stoją jeszcze w wielu miejscach w BdPN. W przyszłości mają je zastąpić nowoczesne ubikacje i kabiny prysznicowe. (fot. KRZYSZTOF POTACZAŁA)Skąd wziąć pieniądze?

Wszystkie te inwestycje pochłoną ok. 30 mln zł. Skąd park weźmie taką sumę?

- W maju nasze plany przedstawiłem władzom wojewódzkim i radzie naukowej BdPN - zdradza Winnicki. - Powiedziałem, że instytucja chroniąca przyrodę nigdy nie będzie mogła sfinansować takiego przedsięwzięcia. Ze sprzedaży biletów na połoniny nie wystarcza nawet na utrzymanie szlaków.

Według szefa bieszczadzkiego parku, tylko wspólnymi siłami można pobudować infrastrukturę turystyczną. Dlatego uważa, że Urząd Marszałkowski i wojewoda powinni pomóc przyrodnikom zdobyć pieniądze. Bo park to dobro narodowe, a skoro lubimy chwalić się Bieszczadami w folderach promocyjnych, w telewizji, to powinniśmy w nie inwestować.

Mineralnej nie sprzedam

Na razie władze BdPN muszą przekonywać turystów, że mają od nich większą wiedzę i dlatego mnożą zakazy. Na przykład zakaz sprzedaży napojów chłodzących w punktach kasowych. W ubiegłym roku spragniony piechur mógł tam kupić wodę mineralną, a głodny posilić się choćby czekoladą.

- Stanęliśmy jak wryci, kiedy pani w budce z mapami na Przełęczy Wyżniańskiej poinformowała, że już nie wolno jej handlować - mówią Bogdan i Kamila z Warszawy.

Decyzji dyrektora nie pojmuje także Krzysztof Stachowicz, przewodnik: - Nie można pozbawiać turystów możliwości nabycia wody w pobliżu szlaków. Zamiast wymyślać bariery, trzeba tworzyć udogodnienia. W końcu płacą za wyjście w góry.

Tomasz Winnicki: - Oferowanie artykułów spożywczych w prymitywnych warunkach, gdzie nie ma lodówki, zawsze jest niebezpieczne. Ukróciłem handel, bo nie potrzebuję kłopotów z sanepidem. Tam sprzedawano również słodycze. Kto z handlujących miał badania lekarskie?

Postawę szefa BdPN chwalą Małgorzata i Jacek ze Szczecina: - My tu nie przyjeżdżamy po to, by w każdym miejscu znaleźć sklep, lecz żeby odpocząć. Turysta powinien wiedzieć, że trzeba wziąć do plecaka wodę i jedzenie.

Czekamy na opinie Czytelników w sprawie wędrówek po Bieszczadzkim Parku Narodowym pod adresem k.potaczał[email protected] oraz listy: Nowiny, Rzeszów ul. Kraszewskiego z dopiskiem "Bieszczady"

Psiakom wstęp wzbroniony

Kolejny problem: zakaz wprowadzania psów, zapisany w ustawie o ochronie przyrody. W bieszczadzkim parku nie ukrywają, że to sprawa delikatna. Co turysta ma zrobić z psem, jeśli chce pójść na wycieczkę w góry?

- Zastanawiamy się, czy nie stworzyć czegoś na wzór przechowalni dla domowych czworonogów, ale na konkrety za wcześnie.

W sieci internauci za szlaban dla psów nie pozostawiają na władzach BdPN suchej nitki. Winnicki przyjmuje krytykę ze spokojem: - Dopóki przepis istnieje w ustawie, muszę go przestrzegać.

Wjeżdżało 360 samochodów na godzinę

Znacznie większą bolączką dyrektora niż spory o sprzedaż wody czy zakaz wprowadzania psów, są samochody. W długi majowy weekend w parku przeprowadzono badania natężenia ruchu kołowego. Jednego dnia (między 10 a 15) od strony Wetliny wjeżdżało do BdPN 360 pojazdów na godzinę.

- Na obszarze chronionym mamy wielkomiejski ruch - mówi z zatroskaną miną dyrektor. - Auta nie mieściły się na parkingach, kierowcy musieli stawać wzdłuż jezdni i to z obydwu stron. Teraz jest podobnie, zwłaszcza w soboty i niedziele.

Co to oznacza? Że dyrekcja parku może stanąć przed dylematem: pogodzić się z sytuacją do czasu wybudowania nowych parkingów, czy nie wpuszczać w granice BdPN połowy samochodów.

- Nie chcę zasiewać wśród turystów ziarna niepokoju - uśmiecha się Winnicki. - Taka decyzja nie może być podjęta bez konsultacji z samorządami i przedsiębiorcami prowadzącymi interesy na obszarze parku.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie