Dlaczego Nina to zrobiła?

Wojciech Malicki
Za wysokim murem na zadbanej działce stoi ładny, zielony domek. To tu wydarzyła się tragedia
Za wysokim murem na zadbanej działce stoi ładny, zielony domek. To tu wydarzyła się tragedia WOJCIECH MALICKI
Nikomu nic nie powiedziała, nie zostawiła listu. Najpierw podcięła żyły swojemu dziecku, a potem sobie...

- To straszna tragedia! - mieszkańcy Bukowca do dziś nie mogą się otrząsnąć.

W czwartek 29-letnia Nina zabiła swojego 5-letniego synka Krystianka, a sama próbowała popełnić samobójstwo.

- Bardzo cierpimy. Nic nie przeczuwaliśmy - zapewnia brat kobiety.

Bukowiec. Mała wieś, parę kilometrów od Kolbuszowej. Piątek, dzień po tragedii.

- To kompletny szok. Nie znałem jej za dobrze, ale uważam za miłą, serdeczną osobę - mówi starsza kobieta, którą zagaduję pod sklepem.

- Nina i cała jej rodzina to porządni ludzie. Tacy, o których mówi się, że muchy by nie skrzywdzili. Ale Bóg jeden wie, co siedziało w głowie tej dziewczynie - dodaje pani Maria, która jak większość zagadniętych mieszkańców Bukowca chce pozostać anonimowa.

Tajemnica za murem

Nowy domek jednorodzinny z zieloną elewacją stoi na sporej, zadbanej otoczonej wysokim murem działce. To tutaj mieszkała 29-letnia Nina M. wraz z 5-letnim synkiem Krystianem. To tutaj w czwartek około godziny 15 napuściła wody do wanny i weszła do niej wraz z synkiem. Najpierw podcięła żyły dziecku. Nożem, tuż przy nadgarstkach. A potem sobie.

Chwilę później (nikt nie dokładnie po jakim czasie) do zielonego domku przyszła matka Niny. Otworzyła łazienkę i zobaczyła zakrwawione ciała. Zadzwoniła po pogotowie do Kolbuszowej. Karetka przyjechała po paru minutach. Krystianek już nie żył. Nieprzytomną Nina trafiła do szpitala prosto na stół operacyjny.

Listu nie zostawiła

Nadkomisarz Ewa Sęczkowska, oficer prasowy kolbuszowskiej policji przez cały piątek odbiera telefony od dziennikarzy. Wszyscy pytają o to samo.

- Nina M. nie była u nas notowana. Ona i jej rodziną mają bardzo dobrą opinię - odpowiada pani komisarz.

O przyczynach tragedii, choć minęło kilkanaście godzin, wciąż wiadomo niewiele.

- Na pewno nie brały w niej udziału osoby trzecie - zapewnia policjantka. - Zebrane ślady i relacja matki wskazują, że Nina chciała zabić synka, a potem popełnić samobójstwo. Motyw? Ustalamy go. Na pewno nie były nim kłopoty finansowe, bo dobrze im się powodziło.

Listu pożegnalnego Nina nie napisała. W piątek w Rzeszowie przeprowadzono sekcję zwłok Krystianka.

Przystojny Włoch

Sąsiedzi wiedzą o Ninie bardzo mało. Prawie nic, bo była osobą bardzo skrytą. Wszyscy wiedzą jedno - ojcem Krystianka był Włoch, którego Nina poznała podczas pobytu w Italii. Nie żyli razem, ale byli w stałym kontakcie. Włoch płacił na dziecko i to tyle, że Nina nie musiała pracować. Gdy pytam, skąd miała pieniądze na nowy dom i auto (toyotę yaris), ludzie mówią, że zapłacił za to jej niedoszły włoski "teść".

- Żyła w tym pięknym domku jak w złotej klatce. Głowy nie dam, ale w skomplikowanych relacjach z Włochem, ojcem chłopca szukałabym przyczyny tego, co zrobiła Nina. Może ją straszył, że jej zabierze dziecko? - mówi pani L.

- Widziała pani kiedyś tego Włocha tutaj, we wsi?

- Tylko raz. Przystojny mężczyzna.

Pan Janek, znajomy Niny: - Dusiła, dusiła w sobie jakieś straszne emocje i w końcu tego nie wytrzymała...

Sprzedawczyni w sklepie w Bukowcu: - Nina nigdy nie robiła u mnie zakupów, choć miała najbliżej. Jeździła do Kolbuszowej. Dlaczego? Nie wiem. Nigdy też nie widywałam jej w naszym w kościele. A jej matkę owszem, często. Ostatnio musiała mieć jakiś poważny problem, bo płakała na mszy.

Może da mi spokój

Na działce sąsiadującej z posesją Niny M. spotykam Izabelę Wilk. Wkrótce zamieszka tu w nowym domku, który właśnie wykańcza. Iza zna Ninę od paru lat.

- To spokojna, sympatyczna osoba, ale choć sąsiadujemy płot w płot, niewiele o niej wiem, bo znałyśmy się bardzo słabo. W jej domu byłam tylko raz, jakieś dwa lata temu. Pamiętam, że w ciągu godziny odebrała trzy telefony. Nie wiem o czym i z kim rozmawiała, bo mówiła po włosku. Gdy w końcu odłożyła słuchawkę, rzuciła coś w stylu: Dałby mu już spokój - opowiada pani Iza.

Kilkadziesiąt metrów od domu Niny mieszkają jej rodzice i brat. Gdy podjeżdżam pod ich domu, wybiega do mnie niewysoki trzydziestoletni mężczyzna.

- Wybiegłem po to, żeby mama pana nie widziała. Ona jest chora na serce i boję się, że będziemy mieć kolejną tragedię. O czym tu rozmawiać? Strasznie cierpimy. Proszę nas zrozumieć. Boże, gdybyśmy coś przeczuwali, na pewno byśmy do tego nie dopuścili. Nic nie wiedzieliśmy - mówi brat Niny, ocierając łzy.

Będzie żyła

Nina M. przeszła w kolbuszowskim szpitalu dwugodzinną operację. Chirurdzy pozszywali jej porozrywane nożem żyły i ścięgna. Teraz leży na OIOM-ie. Odzyskała przytomność i jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. W piątek była jeszcze za słaba, aby mogli ją przesłuchać policjanci.

- Najprawdopodobniej kobieta nie ma świadomości tego, co się stało. Zapewniliśmy jej stałą opiekę lekarza psychiatry, który uznał zaordynował jej leki psychotropowe - mówi Zbigniew Strzelczyk, dyrektor szpitala.

Lekarze oceniają, że za 7-10 dni rany na rękach się zabliźnią. Gorzej z duszą.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie