NOWINY24
    POPULARNE

    To czytają inni

    Rozwiń
    NOWINY24
    Zwiń

    To czytają inni

    • 11 listopada handel bazarowy w Rzeszowie kwitł
    • Na obwodnicy Radymna zderzyły się 3 osobówki i TIR
    • Podkarpackie odzywki czyli przezwiska w gwarze

    Upadki i wzloty, czyli droga Katarzyny Bachledy-Curuś do...

    Upadki i wzloty, czyli droga Katarzyny Bachledy-Curuś do olimpijskiego medalu

    Dorota Mękarska

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    Pierwsze kroki na lodzie (nie zawsze udane) Kasia stawiała u boku siostry. Z prawej na lotnisku w Warszawie po powrocie z Vancouver.

    Pierwsze kroki na lodzie (nie zawsze udane) Kasia stawiała u boku siostry. Z prawej na lotnisku w Warszawie po powrocie z Vancouver. ©Archiwum rodzinne, Tomasz Leyko

    Jeździła na nartach, pociągał ją taniec ludowy, ale wybrała łyżwy. Całe szczęście. Dziś pochodząca z Sanoka Katarzyna Bachleda-Curuś jest medalistką olimpijską!
    Pierwsze kroki na lodzie (nie zawsze udane) Kasia stawiała u boku siostry. Z prawej na lotnisku w Warszawie po powrocie z Vancouver.

    Pierwsze kroki na lodzie (nie zawsze udane) Kasia stawiała u boku siostry. Z prawej na lotnisku w Warszawie po powrocie z Vancouver. ©Archiwum rodzinne, Tomasz Leyko

    Urodziła się w Nowy Rok. Rozwijała się w tempie, jak na medalistkę olimpijską przystało. Zaczęła chodzić, gdy miała 8 miesięcy. - Nie raczkowała, tylko od razu stanęła na nogi - podkreśla mama.

    Była drugą z kolei dziewczynką w rodzinie Wójcickich. - Nic mi tak w życiu nie wyszło, jak włosy i córki - śmieje się Jan Wójcicki, ojciec trzech dorodnych dziewcząt.

    Ryzykantka od małego

    Kasia od początku uwielbiała... szybkość. - Do pierwszego roku życia była pięć razy szyta - wzdycha pani Renata, matka naszej panczenistki.

    - Jak biegła, to na koniec musiała sobie jeszcze podskoczyć - dodaje tata. - Potem jak nauczyła się jeździć na rowerze, to jeździła z piskiem opon.

    Ojcu raz stanęło serce, gdy Kasia namówiła starszą siostrę, aby skakać z tapczanu. Kasia skoczyła tak niefortunnie, że uderzyła głową o kant pufy.

    - Patrzę, a fontanna krwi bije jej z czoła. Pojechałem szybko na pogotowie, ale okazało się, że nic się groźnego nie stało. Przecięła sobie tylko naczynko krwionośne. Stąd ta krew tak sikała.

    Dziewczyna miała gdzie rozwijać swoją aktywność. Rodzice zabierali córki na narty, żagle, łyżwy. O rozwój fizyczny córek szczególnie dbał ojciec, który ukończył AWF i uprawiał ciężary.
    Kasia bardzo lubiła jazdę na nartach, ale nie wystarczało jej normalne szusowanie.

    - Zawsze szukała doznań na granicy ryzyka - opowiada ojciec. - Kiedyś wymyśliła, że przejedziemy przez zakrzaczony teren. Ona na małych nartkach, tylko myk, myk, śmignęła między krzakami, a ja na dłuższych, na tych krzakach się zatrzymałem - śmieje się rodzic. - Innym razem wpadła na pomysł, że będzie skakać na nartach przez taką "hopkę" na zboczu. Zakazałem jej tego.
    Ona jednak nie wytrzymała. Podczas zjazdu zahaczyła o tę "hopkę". Zobaczyłem w powietrzu tylko jej narty. Podjechał do niej "goprowiec", a ona się tylko ze śniegu otrzepała i powiedziała, że czeka na tatusia.

    Pozostałe dwie córki też jeździły na nartach. - Wtedy marzyłem, kiedy wreszcie na wyciągu będę miał wolne kolana. Teraz wiem, że to były najpiękniejsze chwile w moim życiu - mówi tata z nutą sentymentu.

    Agnieszka dała się uprosić

    W wieku 8 lat Kasia zaczęła jeździć na łyżwach. Wcześniej pociągał ją taniec ludowy. Pozazdrościła jednak starszej siostrze, Agnieszce, która zaczęła uprawiać łyżwy pod okiem Andrzeja Babiarza.

    Tak wierciła Agnieszce dziurę w brzuchu, że siostra wreszcie wzięła ją na trening. Kasi bardzo spodobała się jazda szybka. Trafiła pod opiekę trenera Marka Drwięgi.

    Udawało jej się godzić sport z nauką. Ze szkoły przynosiła nawet świadectwa z paskiem. - W domu był taki warunek: świadectwo z paskiem czerwonym, albo skórzanym - śmieje się pan Jan.

    Bardzo dobrze radziła sobie z językami obcymi. Dzisiaj biegle mówi po angielsku, niemiecku i trochę po włosku.

    Wczesna samodzielność

    Dziewczynka szybko została rzucona na głęboką wodę. Do Holandii na zawody pojechała pierwszy raz już w wieku 11 lat. Od tego czasu jej nieobecności w domu były coraz częstsze.

    Mama bardzo się denerwowała tą samodzielnością córki, ale miała na to swoją metodę. Gdy Kasia wracała do domu, wdrażała ją w domowe obowiązki. To pozwalało dziewczynce wrócić do rodzinnego klimatu.

    - Bardzo mocno chciała być częścią rodziny, bo jeszcze wtedy nie była emocjonalnie przygotowana do samodzielności. Pamiętam, jak w wieku 15, czy 16 lat dostała jakąś nagrodę finansową. Stwierdziła, że mamy brzydką choinkę i kupiła za swoje pieniądze nową oraz bombki - wspomina mama.

    Talentów na gospodynię domową Kasia raczej nie przejawiała. - Raz wysłałam ją na działkę po pietruszkę. Ścięła całą nać marchewki. Ale w swoim domu ma jak w pudełeczku - chwali córkę pani Renata.

    W szkole średniej Kasia poświęciła się sportowi do tego stopnia, że nie była nawet na studniówce, bo miała jakieś zawody. Ale w tym okresie przyszło załamanie i chęć wycofania się z wyczynowego sportu.

    - Miała moment zwątpienia, ale je przełamała - mówi mama.
    - Myślę, że to była zazdrość za luzem, który odczuwały jej koleżanki. Ona nigdy nie miała "wakacji". Chciała żyć normalnie -dodaje ojciec.
    Pociągał ją taniec ludowy, ale - na szczeście - wybrała łyżwy. Archiwum rodzinne
    Jak wspomina mama, Kasia od najmłodszych lat tryskała energią. (fot. Archiwum rodzinne)Buty posklejane plastrami

    Na szczęście Kasia pojechała na kolejne zawody do Holandii. Osiągnęła dobry wynik i myśl o wycofaniu się ze sportu wyleciała jej z głowy. Po zdaniu matury podjęła decyzje o kontynuowaniu kariery. Na Olimpiadzie w Salt Lake City startowała jako zawodnicza sanockiego klubu "Górnik".

    Kiedy pani Renata patrzy na olimpijskie zdjęcia córki z tamtego okresu, nie może się nadziwić ówczesnej mizerii finansowej naszych olimpijczyków. Na rękach Kasia miała jakieś rękawiczki zabrane z domu, a buty posklejane plastrami.

    Tata jednak o mało nie pękł z dumy z córki. - Nawet nie śmiałem marzyć o medalu. To by było za dużo szczęścia. Sam udział był dla mnie ważny.

    Wtedy pan Jan "dorósł" do roli rodzica olimpijki. Zaczął zabiegać o sponsorów i o to, by Kasia miała potrzebny sprzęt. Nie było to łatwe. - Ta żebranina była upokarzająca - przyznaje mężczyzna.

    Szala goryczy przechyliła się, kiedy nie został zaakceptowany wniosek o podwyższeniu Kasi stypendium sportowego z 450 do 500 zł. Na zawodniczkę z Sanoka miało już wtedy chrapkę wielu trenerów. Kaśka przeszła więc do klubu AZS Zakopane pod opiekę trenera Krzysztofa Niedźwieckiego.

    Łapówka jej nie skusiła

    W 2006 roku wystartowała na Olimpiadzie w Turynie, gdzie zajęła 8. miejsce w biegu na 1000 m, 11. na 1500 m i 13. na 3000 m. Te wyniki dały jej prawo startu w biegu finałowym z udziałem 12 najlepszych zawodniczek.
    - To wtedy doszło do tej afery łapówkowej - mówi Wójcicki.

    O aferze łapówkowej stało się głośno przed olimpiadą w Vancouver. Rozgłosili ją sami Holendrzy. Okazało się, że w Turynie zaproponowali sanoczance 50 tys. euro za rezygnację ze startu. To pozwoliłoby wystartować ich zawodniczce. - Jak Kasia zadzwoniła do nas, by o tym powiedzieć, nie wierzyłem. Myślałem, że ktoś ją w coś wpuszcza - przyznaje ojciec.

    Katarzyny nie skusiły łatwe pieniądze. - Powiedziała: zapracowałam sobie na ten bieg i to ja będę biegła z orłem na piersi - relacjonuje pan Jan. - Naprawdę byłem dumny z jej postawy.

    Po Turynie nastały jednak dla Katarzyny ciężkie chwile. Rozpadło się jej małżeństwo z kolegą z kadry, które trwało niecałe dwa lata. Po rozstaniu osiedliła się w Zakopanym, bo tam dostała mieszkanie. Pod Tatrami trafiła na Kubę Bachledę-Curusia, za którego w zeszłym roku wyszła za mąż.
    - Wesele było na 120 gości. Zaczęło się w piątek, a trwało do wtorku - zdradza mama.
    [obrazek3] Pociągał ją taniec ludowy, ale - na szczeście - wybrała łyżwy. (fot. Archiwum rodzinne)Pojedziecie na Madagaskar

    Kiedy Katarzyna zakwalifikowała się do Kanady, rodzice nie liczyli, że zdobędzie medal. Choć wiedzieli, że jest bardzo dobrze przygotowana, bo w grudniu zrobiła wynik na poziomie światowej czołówki. - Starałem się być realistą. Liczyłem na to, że zajmie miejsce od 5 do 8. Uważałem, że byłby to bardzo dobry wynik w stosunku do wyniku mojej koleżanki ze szkoły Erwiny Ryś-Ferens.

    Niedowiarków było znacznie więcej, a wśród nich trener Paweł Abratkiewicz, który zapowiedział dziewczynom, że jak zdobędą medal, to pojadą na… Madagaskar.

    - Na 1000 m Kasia spaliła się nerwowo. Za bardzo chciała. Zaczęła biec, zamiast ślizgać się - tłumaczy pierwsze niepowodzenie córki mama.
    W wyścigu drużynowym, gdy już były realne szanse na medal, to rodzicom nerwy całkiem puściły. - Nic nie widziałam. Całkowicie mnie zablokowało - przyznaje pani Renata.

    Kiedy wszystko stało się jasne, zaczęło się istne szaleństwo. - Odebraliśmy chyba z dwieście telefonów. Rozmawiałam na dwie słuchawki. To było bardzo miłe - śmieje się pani Renata.

    - Tylu ludzi dzwoniło do nas z gratulacjami! Chcę im serdecznie podziękować. Szczególne są dla mnie gratulacje od mojej wychowawczyni z liceum, Joanny Zioło. Ja jej tyle krwi napsułem, a ona po tylu latach pomyślała o tym, by mi pogratulować - roztkliwia się pan Jan.

    Szczęśliwa jak nigdy

    We worek siostry, Agnieszka i Magda, które mieszkają w Warszawie, powitały Katarzynę na lotnisku. - Jeszcze nigdy nie widziałyśmy jej tak szczęśliwej - twierdzą dziewczyny.

    Tłum wiwatował, wokół uwijali się fotoreporterzy, błyskały flesze, a z głośników płynął szlagier Rynkowskiego "Dziewczyny lubią brąz". - Dziękujemy, dziękujemy - skandowali kibice.

    - To powitanie zapamiętam na długo, podobnie jak końcówkę biegu o brąz - mówiła Katarzyna. - Nie widziałyśmy zegara, nie widziałyśmy, jak jadą Amerykanki. Ale kątem oka zobaczyłam szalejącego trenera Abratkiewicza. Przecież nie cieszyłby się, gdyby nie było medalu! Wtedy wpadłam w szał radości.

    Rodzice, ciesząc się z sukcesu córki, odczuwają jednak lekki smutek, że nie zdobyła ona brązowego medalu jako zawodniczka klubu, w którym stawiała pierwsze kroki. - To strata dla Sanoka - nie ukrywa pan Wójcicki. Czują jednak wdzięczność do wszystkich, którzy pomogli Kasi w sportowej drodze i którzy wierzyli, że dojdzie ona do sukcesu.

    Katarzyna w marcu ma zawitać do Sanoka, gdzie - jak żartuje pan Jan - na głowę mieszkańca przypada największa ilość lodu w Polsce. A co dalej? Rodzicom Kasi marzy się… drugi wnuk.
    Współpraca: tley

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (3)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (3) forum.nowiny24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo