Ustrzyki tańczą w rytmie pogo. Historia KSU cz. 1

    Ustrzyki tańczą w rytmie pogo. Historia KSU cz. 1

    Krzysztof Potaczała

    Nowiny

    Nowiny

    - Od tygodnia śpię po dwie godziny na dobę. Wpadłem w twórczy cug i tłukę nowe kawałki. Znowu ostre, jak za dawnych czasów.

    - Od tygodnia śpię po dwie godziny na dobę. Wpadłem w twórczy cug i tłukę nowe kawałki. Znowu ostre, jak za dawnych czasów. ©FOT. DARIUSZ DANEK

    Pewnego wieczoru Burek powiedział: Musimy założyć kapelę. Całej paczce od razu przydzielił instrumenty.
    - Od tygodnia śpię po dwie godziny na dobę. Wpadłem w twórczy cug i tłukę nowe kawałki. Znowu ostre, jak za dawnych czasów.

    - Od tygodnia śpię po dwie godziny na dobę. Wpadłem w twórczy cug i tłukę nowe kawałki. Znowu ostre, jak za dawnych czasów. ©FOT. DARIUSZ DANEK


    Oczywiście rozmowa była na jaja, zaraz poszliśmy na piwo, ale właśnie tak powstało KSU.

    W pomalowanym na czarno ciasnym pokoju piętrzą się płyty. W kątach wielkie kolumny. Przy oknie przykryte czarną kapą łóżko i oparta o nie gitara. 30 lat temu w tej klitce popłynął z radia punk rock. Wkrótce oszalały całe Ustrzyki.

    - Piwo, papierosa? - proponuje Siczka i przeprasza, że nie wygląda najlepiej. - Od tygodnia śpię po dwie godziny na dobę. Wpadłem w twórczy cug i tłukę nowe kawałki. Znowu ostre, jak za dawnych czasów.

    Ustrzyki Dolne, rok 1978. Młodzi ludzie szwendają się ulicami miasta, przesiadują w parku. Czasem wypiją jabola pod chmurką, pokrzyczą, uciekną milicji. Jednym słowem - nuda. Ustrzyki mają wówczas jakieś 6 tysięcy mieszkańców. Siczka, Bohun, Plaster, Burek i Ptyś mieszkają w różnych częściach miasta, ale w takiej dziurze to żadne odległości.
    Tyły kawiarni „Jagódka”, rok 1978. Na pierwszym planie na golasa Ptyś, z lewej Plaster, Bohun (w białej koszuli), Siczka i Burek (w czapce). FOT. ARCHIWUM KSU
    Dom Górnika w Ustrzykach Dolnych. Od lewej: Tuptuś (Bogdan Tutak, perkusja), Siczka (Eugeniusz Olejarczyk, gitara), Plaster (Leszek Tomków, gitara basowa), Bohun (Bogusław Augustyn, śpiew, saksofon) i Ptyś (Wojciech Bodurkiewicz, klawisze). (fot. FOT. ARCHIWUM KSU)Wieczorami słuchają na szpulowych magnetofonach z trudem zdobytych nagrań rockowych kapel. Po cichu marzą, żeby kiedyś też grać jak Black Sabbath czy Led Zeppelin. Albo jak Breakout. Aż pewnego dnia chłopaki słyszą w Wolnej Europie Sex Pistols.

    Wolna Europa dla Bieszczad

    - Dostali szajby, nie odchodzili od odbiornika czekając, że znowu coś puszczą - wspomina Siczka. - Ja byłem mniej napalony, bo ta muzyka była strasznie prymitywna. Przekonałem się do niej, gdy usłyszałem The Clash, Wire, Buzzcocks...

    Siczka i spółka długo by tych kapel nie poznali, gdyby nie pewien list. Otóż siedząc przy piwie i mając już nieźle w czubie wymyślili, że napiszą do Wolnej Europy prośbę. Szło o to, że w komunistycznej Polsce radio nie chce nadawać punkowej muzyki, więc może by szanowna redakcja poświęciła kilka minut dla słuchaczy z malutkich Ustrzyk Dolnych w Bieszczadach.

    List zabrała do Kanady ciotka Plastra i tam wrzuciła do pocztowej skrzynki.

    - Minęło kilka miesięcy, zapomnieliśmy o sprawie, aż tu nagle słyszymy z głośnika, że będzie audycja dla fanów punk rocka z Bieszczad - śmieje się Siczka. - W dodatku przeczytali nasz list. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że audycji wysłuchało też SB...
    Siczka. FOT. WOJCIECH ZATWARNICKI
    Tyły kawiarni "Jagódka", rok 1978. Na pierwszym planie na golasa Ptyś, z lewej Plaster, Bohun (w białej koszuli), Siczka i Burek (w czapce). (fot. FOT. ARCHIWUM KSU)Mniej więcej półtora roku wcześniej w Anglii wybuchła punkowa rewolta. Młodzież z robotniczych dzielnic wielkich miast zbuntowała się przeciwko recesji i rosnącemu bezrobociu. Zaatakowano też tzw. poprawną rzeczywistość, rząd, polityków, a nawet królową. To już nie był łagodny bunt spod znaku pacyfy, lecz wściekłość i agresja, choć wyrażana głównie w muzyce.

    - Myśmy z początku nie mieli pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, ale nasi rówieśnicy z Zachodu od razu stali się nam bliscy - wspomina Plaster.

    Burek przydziela instrumenty

    Jak ubierają się punki w Londynie, zobaczyli w kolorowych czasopismach, które do Ustrzyk przywiózł ze służbowej podróży ojciec jednego z kolegów. Skórzane kurtki, łańcuchy, agrafki w uszach i policzkach, nastroszone włosy.

    - Ale jazda, pomyśleliśmy, i wkrótce wyglądaliśmy podobnie - opowiada Siczka.
    Pierwsze zdjęcia zrobili na tyłach nieistniejącej już dzisiaj kawiarni "Jagódka", w której mama Ptysia sprzedawała pyszne ciastka (m.in. właśnie ptysie) i pomarańczową wodę firmową. Pewnie nigdy by do tej sesji nie doszło, gdyby nie to, że chłopcy postanowili założyć zespół.
    Rzeszowskie juwenalia, 2005 rok. Solówka Siczki. FOT. WOJCIECH ZATWARNICKI
    Siczka. (fot. FOT. WOJCIECH ZATWARNICKI)- Pewnego wieczoru przyszedł do mnie Burek i stwierdził, że musimy mieć kapelę -wspomina Bohun. - Całej paczce od razu przydzielił instrumenty, na jakich mają grać. Oczywiście rozmowa była na jaja, zaraz poszliśmy na piwo, ale właśnie tak powstało KSU.

    Wkrótce Bohun, Plaster i Ptyś wybrali się do Warszawy, żeby nawiązać kontakt z tamtejszymi punkami. Los zetknął ich z Kazikiem Staszewskim, liderem grupy Poland. W wywiadzie dla Gazety Wyborczej Kazik wspominał: "Którejś niedzieli na >targu perskim< pojawiło się trzech kolesiów wyglądających bardzo ortodoksyjnie. My ubieraliśmy się wtedy inaczej (...). Chodziliśmy w podartych, starych garniturach, malowaliśmy włosy plakatówkami i wpinaliśmy we wszystko dużo agrafek. Ci goście wyglądali już bardzo punkowo. Mieli skóry, czapki pocztowe, łańcuchy. Zaczęliśmy gadać (...)".

    Znajomość szybko przerodziła się w przyjaźń. Chłopaki z Ustrzyk odwiedzali Kazika, on przyjeżdżał do nich. Wysiadał z pociągu Warszawa-Zagórz i od razu był legitymowany przez milicję. Przez swój punkowy ubiór rzucał się w oczy.

    - To dzięki niemu mieliśmy dostęp do punkrockowych płyt - przyznaje Siczka. - Kaziu miał w Anglii rodzinę i jak dostawał nowości, natychmiast dzielił się z nami.
    Siczka, juwenalia 2008 w Rzeszowie. FOT. DARIUSZ DANEK
    Rzeszowskie juwenalia, 2005 rok. Solówka Siczki. (fot. FOT. WOJCIECH ZATWARNICKI)SB na tropie WRB

    Fama o dziwnych młodzieńcach w skórzanych kurtkach szybko postawiła na nogi milicję, ORMO, SB, a nawet WOP. Z notatki służbowej podpułkownika WOP z grudnia 1979 r.: "Młodzież ta wypisuje w różnych punktach miasta swój znak PUNK. Aktualnie znaki takie znajdują się na budynku dworca PKP w Ustrzykach, na bloku przy ul. Dworcowej oraz na budynku (...) przy ul. 1 Maja, na którym również napisane są litery WRB (...). Ustalono, że młodzież ta stara się występować przeciwko obowiązującym przepisom prawnym i porządkowym oraz przeciwko ZSRR, namawiając również inną młodzież, by nie chodziła do kina na filmy radzieckie".

    Zwłaszcza tajemnicze WRB wprawiało we wściekłość esbeków i milicjantów. O znaczeniu terminu punk już wiedzieli, KSU szybko stało się czytelne (to ówczesne ustrzyckie rejestracje samochodowe), ale co za diabeł to WRB?

    - Zaczęli nas po kolei maglować, a my rżnęliśmy głupa - wspomina Siczka. - W końcu jakoś się dowiedzieli i dopiero wtedy dostali szału.

    Wolna Republika Bieszczadzka skupiała w swoich szeregach członków KSU i kilkunastu ich przyjaciół. Podstawowe pytanie, które zadawano sobie w gmachu komendy milicji, brzmiało: kto wymyślił WRB i po co?

    - Nie wiem kto, ale wtedy oznaczało to same kłopoty - mówi Bohun.

    Kłopoty polegały na tym, że pewnego dnia w Ustrzykach pojawiła się ulotka, która wpadła w ręce SB. W notatce służbowej z marca 1980 r. tajniak napisał: "W 1978 r. (tu pada nazwisko) przyniósł z nieznanego źródła broszurę pod nazwą WRB zawierającą treści antypaństwowe, proukraińskie. Wolna Republika Bieszczadzka głosiła, że na ziemie te powrócą rodowici Ukraińcy (...). Broszura była też inspiracją do malowania tryzubów na ławkach, ścianach itp.".

    Siczka: - Nie widziałem tej ulotki, ale z naszej strony to były wygłupy. Chcieliśmy raczej postraszyć znienawidzonych harcerzy, którzy latem zadeptywali Bieszczady. Tacy niby ułożeni, grzeczni, a na chama łazili po trawnikach w parku. Park był dla nas święty, no więc musieliśmy im tłumaczyć, że tak nie wolno. Nie raz mordę się komuś obiło, dlatego szła za nami zła sława.

    - Hasło wolnej republiki zawierało też w sobie wezwanie do zjednoczenia się ustrzyckiej młodzieży, żeby trzymała się razem - twierdzi Plaster. - Bo my byliśmy na marginesie. Ustrzyki były dziurą, w której nic się nie działo i my pierwsi głośno się temu sprzeciwiliśmy. Może nie najmądrzej, ale odważnie.
    Siczka, juwenalia 2005 w Rzeszowie. FOT. WOJCIECH ZATWARNICKI
    Siczka, juwenalia 2008 w Rzeszowie. (fot. FOT. DARIUSZ DANEK)Więźniowie szaleją w rytm pogo

    Wtedy KSU miało już za sobą muzyczne próby w salce kombinatu drzewnego na obrzeżach miasta, a później w świetlicy Przedsiębiorstwa Budownictwa Komunalnego. W tym zakładzie, w stolarni, pracował 18-letni Siczka. - Miał talent do roboty w drewnie, ale bardziej ciągnęło go do muzykowania - wspomina Wiesiek Stebnicki, wtedy jeden z kierowników w PBK.

    - Kiedyś sobie gadamy, że może by tak zorganizować koncert. Z duszą na ramieniu poszedłem do dyrektora i po obietnicy, że nie będzie rozróby, zgodził się.
    Na pierwszy otwarty występ KSU przyszło ponad sto osób. Garść pracowników firmy, trochę nastolatków i.... więźniowie z zakładu karnego w Moczarach. Jak to możliwe?

    - Skazani pomagali nam budować blok przy ulicy Dzierżyńskiego (obecnie Korczaka) - opowiada Stebnicki. - Szefostwu zależało na terminach. W zamian za robotę po godzinach oraz dodatkowe racje herbaty i papierosów, więźniowie mieli w nagrodę pójść na koncert. Skakali pod sceną, aż leciał kurz.

    Co oni knują

    W grudniu 1979 r. ustrzyccy milicjanci i esbecy dostali wytyczne z komendy wojewódzkiej w Krośnie, by bliżej przyjrzeć się KSU i skupionym wokół zespołu sympatykom. Służby chciały się dowiedzieć, jakie jest podłoże ideologiczne i polityczne ruchu punk, czy młodzież ma powiązania z innymi tego typu grupami w Polsce oraz kto jest najważniejszy wśród ustrzyckich punków. Zadania potraktowano jako pilne, a do środowiska miał przeniknąć tajny współpracownik SB.

    To dzięki niemu szybko ustalono nazwiska i pseudonimy ludzi w skórach.

    Siczka: - Zaczęto nas ciągać na przesłuchania. Kiedyś zwinęli mnie z ulicy, wywieźli za miasto i dawaj straszyć: jak nie powiesz, co knujecie, wsadzimy cię na dołek. Olałem dziadów. A taki jeden wyjątkowo wredny typ z MO chciał mnie wrobić w narkotyki, że niby ćpam i rozprowadzam. Tymczasem ani ja, ani kumple nie braliśmy.

    - Esbecja ubzdurała sobie, że jesteśmy organizacją, która chce wywrócić do góry nogami PRL poprzez akcje sabotażowe - wspomina Krzysztof Stachowicz, jeden z pierwszych ustrzyckich punków. - A to były bardziej wariackie numery niż jakaś świadoma opozycja.
    [obrazek7] Siczka, juwenalia 2005 w Rzeszowie. (fot. FOT. WOJCIECH ZATWARNICKI)Kryptonim "Żyletka"

    W marcu 1980 r. rozpoczęło się operacyjne sprawdzanie środowiska ustrzyckich punków pod kryptonimem "Żyletka". W ciągu niespełna pół roku sporządzono kilkadziesiąt notatek. Szczegółowo opisywano styl bycia młodzieży, przeprowadzano rozmowy ostrzegawcze z rodzicami, uczulano nauczycieli.

    Fragment notatki milicyjnej: "(...) Chodzą w jednakowych kurtkach, podobnych jak nosili faszyści i w czapkach jak listonosze, obwieszają się agrafkami, łańcuchami, żyletkami. Żyletka oznacza ostre życie, agrafka coś w rodzaju życia wiszącego na włosku (...), natomiast łańcuch niewolnictwo (...)".

    30 kwietnia tajny współpracownik pisał do MO: "Starają się ustalić [punki], kto szczegółowo informuje o ich działalności (...). Uwagę zwrócili na (...) syna byłego funkcjonariusza MO, ucznia ostatniej klasy LO. Przy nadarzającej się okazji mogą mu sprawić tęgie lanie".

    Siczka: - Długo nie mieliśmy pojęcia, kto pod nami ryje, to wyszło wiele lat później. Bo tak w ogóle były dwa krety. Jeden dawno wyjechał z Ustrzyk, drugi wciąż tu mieszka. Czasami mijamy się na ulicy...

    Plaster: - Najdziwniejsze było to, że mimo donosów nie mieliśmy żadnych kłopotów w szkole. Nauczyciele postrzegali nas jako szokujących dziwaków, ale niegroźnych dla otoczenia. Ja i Bohun chodziliśmy do techników, Ptyś do liceum. Tylko Siczka pracował, a Burek był wolnym ptakiem.

    - Przecież w liceum działał nawet punkowy zespół Blokada, zawiązany przeze mnie i jeszcze dwóch kolegów - mówi Krzysztof Stachowicz. - Wiedział o tym dyrektor i reszta kadry. Nikt nie robił problemu aż do pamiętnego dnia, gdy ZOMO rozpędzało chłopski strajk w magistracie, a my, nic o tym nie wiedząc, rżnęliśmy aż miło. Może byśmy zomowców nie wkurzyli, tylko że kolumny były na parapetach i jazgot niósł się daleko...

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (3)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (3) forum.nowiny24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo